… a tymczasem w Wejherowie…

… w końcówce liściopada lokalne pnącze zakwita rowerem 😀

38065788364_b41aa9e008_z

23918116927_5b7f53c6f0_z

Musi chłody i szarugi dały się dość mocno roślince we znaki, bo kwiatek takisobie. Miejmy nadzieję, że wiosną, jak przypyci słońcem chwaścior obrodzi jakimś fajnym, karbonistym bujakiem czy inszym stalowym łobuzobajkiem xD

Reklamy
Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Z Kovalem pojazdka po Peak District 18-19.11.17

Znasz to uczucie, kiedy umawanie się na pojazdkę przeciąga się taaak długo, że zupełnie tracisz nadzieję, iż kiedykolwiek się przygodzi?

Nieinaczej było z moim zapraszniem Kovala na baunsa po Peak District. Po zeszłorocznym SSEC w Kobarid, kiedy to jego rower przez kilka tygodni socjalizował się z moimi klamotami w bajkszedzie, w ogrodzie, Koval wraz z familią wpadł na jedno, niedzielne popołudnie i plan zaczął się wykluwać. „Fast forward” 16 miesiecy później, uchyliło nam się przysłowiowe okienko i zapadła decyzja: terazalbonigdy…

Białka w Polszcze, zastępstwo za zastępstwo w tyrce zaklepane, łańcuch naoliwiony, mapy sprawdzone i w piątkowy wieczór oczekiwałem przybycia Kovala na skrzydłach M1.

Szybkie piwo nadobranoc i udawaliśmy się na spoczynek, gdyż pobudka kroiła się o faszystowskiej jak na weekend 6 rano.

Połykamy owsiankę, dopychamy kovalowego Gienka Sztruclowi do tyłu, wtykamy plecaki pod siedzenia i niepokojeni znikomą tylko liczbą innych samochodów pomykamy ku Sheffield i dalej do Hope i Edale.

Pogoda kroi się nieco kraciasta, z wiatrem, okazjonalnie przedzierającymi się przez chmury strzępami słońca a nawet popluwającą mżawką.

Szybki rozładunek sprzętów w małej zatoczce w Nether Booth i już za chwilę napieraliśmy w kierunku Hope Cross przez Clough Farm i Jaggers Clough. Po drodze okazało się, że po powrocie z Jakubowej Wioseczki zapomniałem, hehe, dokręcić mostka Wyciorowi. Dobrze, że skonstatowałem to na pierwszym podjeździe a nie zjeździe xD

Pierwsza atrakcja dnia to malowniczy Blackley Clough i świetny zjazd Potato Alley – formalnie znany jako Blackley Hey.

Oczywiście jak się zjechało to trzeba było podjechać. Gawędząc lub dla odmiany oszczędzajac oddech wspinaliśmy się w kierunku Rowlee Farm i Woodcock Coppice. Po krótkim odsapunku siodła w dół i miejscami „parkowy” wręcz zjazd do Hagg Farm. Przyznać muszę, że wykorzystałem nieco swoją znajomość terenu i Kovala przy okazji. Puszczając go przodem zapewniłem sobie otwartą bramkę w połowie zjazdu xD Taki ze mnie szuja :p

Przeskok przez A57, kawałek pojazdu wzdłuż rzeki Ashop i po chwili podprowadziliśmy/podjeżdżaliśmy z powrotem ku Hope Cross. Nie obyło się bez niewielkiego „kłusowania” ale ogólnie rzecz ujmując byliśmy bardzo grzeczni i prawa przestrzegający 🙂

Następny punkt programu to zjazd słynną Bestią, na której, w końcu, postanowiliśmy trochę pofocić.

26829320309_12ea190643_c

Dla niezorientowanych The Beast of Peak District to bardzo techniczny, raczej powolny i nieflołowy zjazd, który obowiazkowo trzeba zaliczyć aby powiedzieć, że się popyciło po Dark Peak.

giphy1giphy2

Podjazd/podejście pod Hagg Farm pozwolił nam zrobić zdecydowanie mniej techniczne, ale posiadający o wiele fajniejszego floła zjazd przez Lockerbrook HeightsGores Heights aż do drogi wzdłuż Upper Derwent Reservoir. Naładowani pozytywnymi chemikaliami skierowalismy się ku tamie oddzielajacej   Upper Derwent od Ladybower Reservoir. Tam w cieniu Dwóch Wieży spożyliśmy sobie lanczyk i pomimo pomysłu na powtórzenie ostatniego zjazdu postanowiliśmy trzymać się planu i jechać dalej wzdłuż Ladybower aby kontynuować klasyczną pętlę. Przyznam szczerze, że po doświadczeniach z lasu poniżej Hope Cross, gdzie niemal zupełnie wsiorbało nas nie biorace jeńców pikoskie błocko bardzo się obawiałem w jakim stanie będzie najfajniejsza sekcja wzdłuż Derwent Moors. Tymbardziej, że na na dojeździe do Whinstone Lee Tor przebijaliśmy się przez wielkie i bagniste kałuże.

38549018156_54bbd437ac_z

Czekałem tylko aż Koval przywali mi z liścia za takie prowadzenie i nawigację, ale na szczęście obyło się bez rękoczynów xD

Okazało się, że obawy były nieuzasadnione.  Nadzwyczajna płynność nie  bardzo stromego przecie szlaku pozwalała doskonale się bawić. Wybieranie rozlicznych dróg było samo w sobie bardzo przyjemnym zadaniem. Dopiero przed samym Cutthroat Bridge błoto zaatakowało ponownie. Przejechaliśmy górą nad Ladybower House, aby popatrzeć na panoramę Lower Derwent Valey. Następny, wypoczynkowy kawałek miałem już raz objeżdżony na przełaju, także w miarę pewnie prowadziłem dalej, choć nie obyło się bez zawracania zaraz za Yorkshire Bridge. Ostatecznie przez ThornhillAstonHope Brink Roman Road wróciliśmy do Hope Cross,

26829280829_478e0b8da6_z

gdzie znanym już przeskokiem przez Jaggers Clough oraz Clough Farm zamknęliśmy całą pętlę w Nether Booth. Sztrucel cierpliwie czekał tamże, aby przyjąć spowrotem nasze utytłane rumaki i dóópska 😀

Powrót przez Hope – gdzie odebrałem w 18 Bikes diwajsa do rozkładania dampera X-Fusion dla Mareckiego – oraz trasa krajobrazowa zjadły nam trochę więcej czasu niż planowałem. Jak się okazało dodatkowo nieco niepotrzebnie, gdyż Kovala zmożył sen i połowę drogi kiwał się „nadzięcioła” zamiast podziwiać okolicznościprzyrody xD No offence mate 😀 Pewnie sam był grał w kima jak bym nie kierownikował…

Dzień „kosztował” nas niemal 26 mil (około 47 kilo) z prawie 1200 metrami wspinaczki i ponad 5 godzinami w terenie.  Wczesny start opłacił się, bo do zjazdu do Dwóch Wież spotkaliśmy po drodze słownie 3 rajderów i może z 6 pieszaków.

W domu czekał na nas prysznicek, „Medusa” i żur mojej własnej produkcji.

Nasze wierzchowce nie musiały cierpieć w zimnej szopie gdyż nocowały w przytulnej kuchni.

24733837108_1eaa312e41_z

Smakując zmęczenie nóg i prowadząc Nocne-Polaków-Rozmowy ostrzyliśmy sobie zęby na kolejny dzień, tymbardziej, że pogoda miała być zgoła odmienna…

Pobudka pół godziny później, o 6:30… Kto wstaje o tak nieludzkiej godzinie wie, że każde 10 minut snu jest na wagę złota 😀

Świeży chleb z nocnego wypieku, twarożek, szybkie pakowanie i ponownie pomykamy w kierunku Edale. Tym razem parkowanie kawałek za Barber Booth w relatywnie nieokupowanej zatoczce parkingowej. Jest zdecydowanie zimniej. Okoliczne pola, płoty, murki i drzewa pobieliła cieniutka warstewka szronu. Niektóre kałuże były solidnie skute…

38573400672_7341a0726e_c

Podjazd pod Mam Tor po czym robimy zjazd  z Hollins Cross do Backtor Bridge. Czyli zaczynamy dzień z wysokiego „C” ]:> Ponowny podjazd, tym razem dla oszczędzenia czasu asfaltem pod Mam Tor to 20-to minutowa mordęga. Oj nie lubi Wycior asfaltu, oj nie lubi 😦 8PSI z przodu i jakieś 12 z tyłu nie pomagają specjalnie…

Łapię oddech na grani pomiędzy Mam Tor i Lord’s Seat kożystając z tego, że pogoda i widok zmuszają wręcz do focenia.

24733812098_762acf4851_c

Zwykle błotnista sekcja przed Rushup Edge zaskakuje nas solidnym stanem. Niech żyje Pan Mrozoski 😀

Po przejeździe przez bramkę oddzielającą brajdelłejkę od szlaku dla pieszaków ponownie opuszczamy siodła i przygotowuję Kovala na Rushup Edge. Pomimo „udogodnień” jakie Derbyshire Council (pies ich trącał…) popełniło, to jest ciagle świetny zjazd. Jeden z lepszych w okolicy.  Szlak ciągle mniej lub bardziej w dół doprowadza nas do świetnego zjazdu do potoku w dolinie Roych Clough.

Tam czas na chwilę się zatrzymuje. Kontemplujemy nadzwyczajny spokój i poczucie zupełnego odcięcia od cywilizacji jaki tam panuje. Zupełnie surrealistyczne dozanie…

38548999376_3b91465d6f_c

Przed podjazdem na South Head spotykamy innego bajkera, z którym ucinamy sobie krótką pogawędkę na rowerowe tematy. A potem tylko zagryźć zęby i napierać… Mój podziw dla Kovala rośnie z każdym kilometrem. To znaczy wiedziałem już wcześniej, że to niezwykłej mocy człek, ale tam gdzie ja ledwie dawałem radę na młynku i kasecie 36T on podjeżdżał na 1x i kasecie chyba 32T. Zwierzak nie człowiek 😀

Ponieważ z South Head czeka nas zjazd do samego Hayfield sesjonujemy jedna techniczną sekcje…

giphy3

giphy

(Tu gif z moi dzięki uprzejmosci Kovala i jego aparatowi 🙂 )

… po czym rozkoszujemy się niczym niezakłóconą jazdą aż do samego miasteczka.

W tradycyjnym miejscu spożywamy oczywiscie lanczyk, tym razem ze względu na chłodek zakropiony kawą i herbatą.

Pokrzepieni ruszamy zmierzyć się z Drabiną Jakubową , na którą od strony Hayfield podjazd jest możliwy…

… założywszy, że tak jak ja nie pomykasz już na oparach 😀

W połowie podjazdu/podejścia z nadzieją w głosie spytałem Kovala czy chce zrobić przedłużkę Kinder Scout Reservoir/White Cabin. Odpowiedź zabrzmiała niemal jak wyrok:

– Tak.

MTFU i nakindżamy po błotnistym łączniku między Oaken Clough i Broad Clough.

38549041996_59696dd0ce_z

Sam zjazd do podstawy zbiornika jak zwykle dostarcza endorfin. Niestety sekcja między White Cabin a Hayfield cierpi na niezwykłą nawet jak na Anglię ilość bramek skutecznie redukującą radość z jazdy do permanentnego wqurwa na bambrów i parcelację. Teraz już bez postoju w mieścinie wbijamy ponownie zmierzyć się z podjejściem na  Jacob’s Ladder. Na samym poczatku wspinaczki za namową Kovala robimy krótki postój. Spożywam jakieś 2 batony – dzięki Koval – i modlę się aby stykło mi pary na ten ostatni już dziś uphill.

Umordowany niemiłosiernie docieram w końcu ogladając kovalove plecy na Edale Cross. 

No to ostatni, najprawdopodobniej najtrudniejszy zjazd dnia przed nami.

– „Oby tylko teraz nie wyyebać…”

Z większą niż zwykle ostrożnością zjeżdżamy do kamiennego kurchanu, robimy pod nim tradycyjna fotę i ruszamy dalej na agrafkę samej Drabiny.

38606138821_4af39dffe0_c

Bez start własnych docieramy do podnóża szlaku 😀 Radość i ponowny zalew pozytywnej chemii. Daliśmy radę!!!

Przy samym mostku spotykamy grupę dzieciaków z rodzicami taszczącymi swoje rowery pod górę. Fulfejsy, ochraniacze na kolana i tesprawy. Uhmmm… To już wiadomo, dlaczego Brytole mają tyle sukcesów w zjeździe.

Czym skorupka za młodu…

Ostatni lajtowy i szybki sprint w dół przez Lee House i Upper Booth pozwala zakończyć nam dzień na pozytywnym haju.

Ponad 27 mil jazdy – prawie 45km – półtora tysiąca metrów podjazdów oraz 6 i pół godziny w terenie. Jest moc 😀

Powrót do Rotherham bez przygód, osuszamy do reszty gar żuru, z grubsza opłukujemy rowery i przed 19-tą wyprawiam Kovala w drogę powrotną do Londka.

Fantastyczny weekend, fantastyczne towarzystwo i solidne pomykanie w klasycznych miejscówkach Peak District .

Oby tak częściej na się przygadzało Panie Koval 🙂 Wielki, wielki szacun i podziw dla Twojej pary 😀

Pomysły na wiosnę już są, co z tego wyjdzie? Się zobaczy…

Selekcja kovalowych fot: Kovalskie Foty

Moje foty: Peak District with Koval

 

 

 

Opublikowano Peak District | Otagowano , , , , | 3 Komentarze

Z re-wizytą u Jakuba czyli Kąty Bystrzyckie we wrześniu.

Już podczas pamiętnego, szkockiego rołdtripa Jakub zapraszał w odwiedziny do swej Wioski na Krańcu Świata. Czyli do Kątów Bystrzyckich 🙂

Tak jakoś w połowie lata zaczęliśmy knuć i stanęło na połowie września jako terminie.

Fast forward i na 2 tygi przed wylotem utykałem Wyciora do kartonu jak zwykle wycyganionego w JE James Cycles (dobrze mieć tak duży LBS 😀 )

Lądowanie we Wrocku kolo pierwszej w nocy i całebożeszczęście Maciejas czekal na mnie. Przeskakujemy przez zaskakująco niepuste ulice do maciejasowej hawiry aby zagonić trochę snu pod powieki przed piątkowo-poranionym wyjazdem ku górom.

Podróż umyka bez wiekszych zacięć, przerwana tylko napadem na Lidla w Ząbkowicach Śląskich i przed południem docieramy do Jakubowej Wioseczki.

Tutaj MUSZĘ wtrącic dygresję na temat nieco psychologiczny.

Kiedy słyszysz opowieści o jakiejśtam osobie, pod wpływem własnych pre-koncepcji, społecznych komunałów i strzepków informacji właściwych budujesz sobie w głowie jej wygląd. Nie inaczej było w moim przypadku i Marysi, żony Jakuba. No i ukleiłem sobie wizję pani Sołtys wsi Kąty Bystrzyckie xD Nie mogłem się bardziej pomylić.

Powitania, sprawdzenie prognozy na najblisze dni, zainstalowanie się w gościnnych pokojach, poskładanie Wyciora ze stanu pudełkowego do trail ready i Maciejas sugeruje abyśmy uderzyli w stronę Śnieżnika.

Bógmiświadkiem chciałem nawet zrobić po drodze jakieś foty, ale z bliżej nieznanych przyczyn bateria odmówiła współpracy i pozostało mi rozkoszować się niczym niezakłóconą jazdą 😀 Nie żebym jakoś specjalnie marudził w związku z tym…

Przed samym atakiem na szczyt spędziliśmy miłe pół godziny w schronisku pod Śnieżnikiem nad herbatką i żurkiem.

Pokrzepieni i rozgrzani, zgodnie z przepisami, czyli na nóżkach, bo to Rezerwat Ścisły, popylamy w górę w tumanach mgły i chmur. Taki to już jest ten Śnieżnik, że nieczęsto pozwala na rzut okiem ze swojego szczytu i preferuje skrywać się w oparach. Pod ruinami wieży obserwacyjnej Maciejas podejmuje executive decision i ze smutkiem odpuszczamy bardziej epicki powrót do Kątów, jakoże najprawdopodobniej zabrakłoby nam światła dziennego a i niewykluczone, iż pomoczyłoby nas solidnie. Żeby nie było, droga „nazad” zaserwowała nam mega podjazd pod Czarną Górę i zjazd Pucharową Trasą Zjazdową, na której okazało się, że ochraniacze na kolana to nie był taki zupełnie niepotrzebny nabytek… Statecznie, niemal emerycko, z kołami na ziemi, tu i ówdzie bez ciania wstydu sprowadzając docieramy lekko sponiewierani do stacji bazowej wyciągu na „Czarną”. Reszta powrotu odbyła się bez przygód i wczesnym wieczorem myliśmy już rowery u Jakuba na zagrodzie w oczekiwaniu na rozkosze podniebienia jakie zafundowała nam Marysia.

Po onych radościach przyszła pora na ciężkie decyzje dnia następnego. Wszelkie możliwe prognozy zapowiadały kataklizy, potop, trzeciąwojnęświatową i generalnie lipę w departamencie aury. Ostatecznie stanęło na wyprawie do Czech, gdzie pod Trutnovem lokalna ekipa pobudowała emtebeczne ścieżki .

Wczesna pobudka, aby wykiwać opady, ładujemy klamoty do maciejowozu i pomykamy w stronę Trutnova. Tamże oczekuje już na nas kolega po korbie Maciejasa. Składamy rowery, dopinamy plecaki i udajemy się na zwiedzanie. Podjazd, niebieski zjazd, trochę meh, ale bez dramatu, ponowny podjazd, czerwony szlak, trochę bardziej meh i podjeżdżamy po raz trzeci. Po drodze zamieniamy dwa słowa z lokalsami i dowiadujemy się, że omijając czarną ścieżkę możemy wbić na nieoficjalną jeszcze pomarańczową trasę. I jak się okazało był to jeden z lepszych, jeśli nie najlepszy pomysł dnia. Okazuje się baaardzo szybko, że to trudny i miejscami bardzo trudny, techniczny trawerso-zjazd wijący się jak kregosłup węża na kwasie po stoku. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że nie trzeba nakindżać 40kmh z góry i walić 7 metrowych dropów aby mieć spocony rów. Naładowani chamikaliami zjeżdżamy do trail center (no to dość duże słowo w zestawieniu z rzeczywistością), kręcimy się tam chwileczkę i wracamy na ścieżki, do podjazdu. Po drodze na górę, pod sakramencki podjazd który owszem skrócił nam dojazd ale również wypruł kompletnie z reszty sił. Dodatkowo deszczyk zaczął lekko popadywać i odpuściliśmy czarny szlak, jak również „bunkrowy” zielony i przy akompaniamencie tęgiej już ulewy zjechaliśmy na parking znanym już „niebieskim”.

Wszystko zatem zgodnie z planem 🙂 Deszcz (niemal) uniknięty, pojeżdżone, grzyby na śniadanie zebrane – koleżka Jacek wyskoczył tylko w krzuny koło aut na 2 minutki i wrócił z połową reklamowki dorodnych kapeluszy – strat własnych nie zanotowano.

Tytułem szybkiego podsumowania. Trutnov to nielicha miejscówka. Szczególnie jeśli jest się w okolicy i nie ma się czasu na eksploracje szlaków górskich. Specjalna wyprawa do tej miejscówki to lekkie przegięcie, ale wizyta „przyokazji” jak najbardziej SI.

Dwie rzeczy na które warto zwrócić uwagę. W ekhem… trail center obowiązują tylko czeskie korony. Płacenie złotówkami, Euro czy kartami niespecjalnie narazie wchodzi w rachubę. Również, co nieco mnie zdziwiło, na kilku sekcjach drewnianych nie było zainstalowanej siatki przeciwdziałającej ślizganiu się opon po mokremu. Tak jak jeszcze na prostych kładkach nie stanowiło to wielkiego problemu, to już zostawienie nieposiatkowanego wall ride‚a to proszenie się o kłopoty…

Powrót do Kątów ponownie bez przygód, przy nasilającym się deszczu ale z perspektywą kolejnych rozkoszy podniebienia po dotarciu do bazy.

Wieczorem kolejny weather check, który zapowiadał umiarkowanie pozytywne warunki na dzień następny. Miało nas również być więcej, gdyż przed nocą dotarli Grizzli z Wrocka i Mareczek prosto z maratonu w Dąbrowie Górnieczej.

Pogadano, pobrano rozmaite trunki i ku wielkiemu utyskiwaniu Marka nastawiono budziki na wczesną porę.

Dzień trzeci z docelowym punktem na Karpieniu wraz z jego ruinami zamku zafundował nam chyba najbardziej urozmaiconą jazdę tak pod względem przewyższeń, stopnia trudności szlaków, epickości wybnikającej z niemal-zgubienia-się oraz poziomu radochy. Wielkie dzięki dla Maciejasa za sprawną nawigację 😀

W końcu udało się nawet wstawić jakąś fotę, tu dzięki uprzejmości Marka, który ustrzelił Maciejasa i mnie przed finałowym zjazdem do bazy.

37549932366_b1e80f2ec9_z

Po drodze niestety wykruszył nam się Grizzli, którego trudy podjazdów i własna niedyspozycja zmusiły do ratowania się powrotem asfaltami do Kątów.

Relatywnie wczesny powrót i takoż wczesny obiad podyktowany był faktem że obaj Maciejas i Grizzli musieli wieczorem wrócić do domów. Jakoże Marek i ja nie mieliśmy takich zobowiązań po zasięgnięciu języka od Maciejasa i Jakuba wstępnie zaplanowaliśmy wypad na dwóch na dzień następny. Lokalna mapka, którą udało nam się zakosić z jakubowych zasobów okazała się niezwykle pomocna i pożyteczna szczególnie dla nas niezupełnie obytych z terenem.

Nocnepolaków rozmowy i alkoholizacja nie trawły zbyt długo, gdyż w planie mięliśmy największy kilometrza i nawiększą ilość podjazdów do zrobienia. Przy akompaniamencie porykujących na niedalekiej górce jeleni zapadaliśmy w sen…

Poniedziałek zgodnie z prognozą powitał nas wspaniałym słońcem, które sprawnie i szybko usuwało ślady wczorajszej, wieczorno-nocnej ulewy. Z minimalnym poślizgiem wyruszyliśmy w trasę, ku czekającym na nas nieznanym ścieżkom połączonym tylko ledwie poznanymi dojazdówkami.

… i cóż to za dzień był, powiadamwam, cóż to za DZIEŃ 😀

Esensja kolarstwa górskiego. Las, błoto, kamienie, single, wpychanie żelastwa na górę, palenie klocków hamulcowych na zjazdach… Zielony szlak „graniczny” dostarczył nam całej gamy doznań, równocześnie nie karząc nas żadnymi problemami technicznymi.

Paradoksalnie, jedyną gumę dnia Marek złapał na wywalcowanym szuterku, który delikatnie sprowadzał nas z gór ku cywilizacji.

Dwa udokumentowane hajlajty wyprawy.

Panorama z Czernicy

37551749821_d7ff534e48_z

… i wspomnienie zupy pieczarkowej w „Chacie Cyborga”

36890183294_910e78cec9_z

Tu, ponownie dzięki Markowi.

Epicki dzień zakończyliśmy epickim, ponownie przewspaniałym, obiadem.

Nieco markotnie zabraliśmy się przedwieczorem do pakowania klamotów tak aby ranko zapakować sie tylko do markowozu i pomknąć w kierunku Niżu Śródpolskiego.

Oczywiście mnie jeszcze czekało rozmontowanie i zapudełkowanie Wyciora, którego wspólne siły DPD i Alltry miały przerzucić spowrotem do Krainy Herbaty, Dżemu i Marmajtu .

Wieczór ponownie utulał nas do snu przy akompaniamencie porykujących rogaczy.

I to by było w sumie na tyle 😀

Poranione wstawanie, szybki uścisk dłoni z Jakubem i już pomykaliśmy ku tajemniczej-tajemnicy (no przez obsuwę tekstu już wcale nie tak bardzo sekretnej…) o czym przy najbliższej okazji.

Zatem czas na oficjalne podziękowania, pozdrowienia itp…

Największe i najniższe ukłony dla Marysi i Jakuba za goszczenie nas w swoich wioseczkowych progach. Polecam każdemu, kto chce nieco odsapnąć od cywilizacji i ukryć się w Chatce na Końcu Świata. Strona Zakamarków jeszcze się tworzy, ale zaklepać się u nich na weekend lub tydzień (albo dwa…) o dowolnej porze roku rekomenduję całym swoim Chamskim Sercem xD Szkoda tylko, że Jakuba pokręciło jakieś choróbsko i zamiast jeździć łykał pigułki. Next time mate, next time

Następnie Maciejas, który był animatorem-nawigatorem całego wypadu i bez jego znakomitej znajomości terenu nie bawilibyśmy się nawet w 10% tak dobrze. Na dodatek ode mnie, osobiście podziekówka za odebranie z lotniska, przechowanie i podwózki.

Kolejny jest Marecki, który raz spokojnie znosił moje marudzenia, zgryźliwości, mądrzenie się na tematy okołożyciowe oraz podwózkę do niemal samej Warszawy.

Last but not least Grizzli i Jaca za towarzystwo na szlaku.

Tym razem niemal bez fot, gdyż tych Maciejasowych też jakoś nie widziałem…

Moich i Markowych garsteczka Kąty Bystrzyckie

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Kotlina Kłodzka, Polskie góry | Otagowano , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Because of over-sleep…

I was supposed to use good weather, favorable tide time and do some beach riding from Withernsea to Spurn Point

Unfortunately I over slept 😦

So maybe some unfinished business with Dark Peak that could be finished?

Why not 😀

–  road from back end of Ladybower dam through Thornhill and Aston – check!

– climb from Barber Booth to Mam Tor – check!

– down the Winnats Pass – check!

57 miles and well over 5200 feet of climbing. Not bad day…

37524479836_32b7d7c2b5_b

 

Opublikowano Local rides, Mr. Plug | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Aldi Cycling Special Buy – week 2

I was always very skeptical in regards to so called Social Media Influence…

… looks like I might have been mistaken all that time.

Obviously someone at Aldi Towers decided that one bitchin’n’moaning  cyclist was more than they could stomach xD

Now, „proper”, cyclist specified, electrolyte drink available at your local store as a part of Special Buy 😀

36275275314_f99b503c28_c

36275273994_536dec0ef8_z

Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , | 2 Komentarze

Aldi Cycling Special Buy xD

This time of the year… School holiday at the end, Aldi is putting some cycling stuff into their shelves.

… but I’m not too sure if that can go into Essential Accessories category…

36772369921_35230ed455_c

36772369391_09072477e4_c

Especially that I was always told, cyclist favorite beverage is beer xD

Not mine anyways, as I’m cider person…

Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , | Dodaj komentarz

… if not Scotland it must be The Lakes…

… and yet again The Capital Trail must wait for my tyres to grace it…

Poor Kaziu was forced to cancel the trip due to some urgent, personal commitments.

Saturday morning seen me calling YHA in Ingleton

– Hi Paul… Yes, my Scottish trip get canceled again. Have off until Wednesday… Wanna ride somewhere?

Good ‚Ole Paul 😀 Ask him to skip visit to his dad and he will be happy to guide you around to bag some miles.

4 distinctive days.

1st for Dales, local warm-up ride. Ace.

2nd for Birkbeck Fells Common and Breasthigh Road. A bit of a crap, but always an experience. Especially „interesting” that Paul somehow managed to decapitate or loose 3 out of 4 granny bolts.

3rd for Gatescarth Pass and Nan Bield Pass. Epic, scary, superb…

4th for Claife Heights. Perfect top-up and finish for so unplanned trip.

Bunch of pretty random pictures … if not Scotland, that must be The Lakes (20-23.08.17)

Thanks Paul, looking forward into October Price of Wales attack 🙂

Opublikowano Lake District | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz