Z re-wizytą u Jakuba czyli Kąty Bystrzyckie we wrześniu.

Już podczas pamiętnego, szkockiego rołdtripa Jakub zapraszał w odwiedziny do swej Wioski na Krańcu Świata. Czyli do Kątów Bystrzyckich 🙂

Tak jakoś w połowie lata zaczęliśmy knuć i stanęło na połowie września jako terminie.

Fast forward i na 2 tygi przed wylotem utykałem Wyciora do kartonu jak zwykle wycyganionego w JE James Cycles (dobrze mieć tak duży LBS 😀 )

Lądowanie we Wrocku kolo pierwszej w nocy i całebożeszczęście Maciejas czekal na mnie. Przeskakujemy przez zaskakująco niepuste ulice do maciejasowej hawiry aby zagonić trochę snu pod powieki przed piątkowo-poranionym wyjazdem ku górom.

Podróż umyka bez wiekszych zacięć, przerwana tylko napadem na Lidla w Ząbkowicach Śląskich i przed południem docieramy do Jakubowej Wioseczki.

Tutaj MUSZĘ wtrącic dygresję na temat nieco psychologiczny.

Kiedy słyszysz opowieści o jakiejśtam osobie, pod wpływem własnych pre-koncepcji, społecznych komunałów i strzepków informacji właściwych budujesz sobie w głowie jej wygląd. Nie inaczej było w moim przypadku i Marysi, żony Jakuba. No i ukleiłem sobie wizję pani Sołtys wsi Kąty Bystrzyckie xD Nie mogłem się bardziej pomylić.

Powitania, sprawdzenie prognozy na najblisze dni, zainstalowanie się w gościnnych pokojach, poskładanie Wyciora ze stanu pudełkowego do trail ready i Maciejas sugeruje abyśmy uderzyli w stronę Śnieżnika.

Bógmiświadkiem chciałem nawet zrobić po drodze jakieś foty, ale z bliżej nieznanych przyczyn bateria odmówiła współpracy i pozostało mi rozkoszować się niczym niezakłóconą jazdą 😀 Nie żebym jakoś specjalnie marudził w związku z tym…

Przed samym atakiem na szczyt spędziliśmy miłe pół godziny w schronisku pod Śnieżnikiem nad herbatką i żurkiem.

Pokrzepieni i rozgrzani, zgodnie z przepisami, czyli na nóżkach, bo to Rezerwat Ścisły, popylamy w górę w tumanach mgły i chmur. Taki to już jest ten Śnieżnik, że nieczęsto pozwala na rzut okiem ze swojego szczytu i preferuje skrywać się w oparach. Pod ruinami wieży obserwacyjnej Maciejas podejmuje executive decision i ze smutkiem odpuszczamy bardziej epicki powrót do Kątów, jakoże najprawdopodobniej zabrakłoby nam światła dziennego a i niewykluczone, iż pomoczyłoby nas solidnie. Żeby nie było, droga „nazad” zaserwowała nam mega podjazd pod Czarną Górę i zjazd Pucharową Trasą Zjazdową, na której okazało się, że ochraniacze na kolana to nie był taki zupełnie niepotrzebny nabytek… Statecznie, niemal emerycko, z kołami na ziemi, tu i ówdzie bez ciania wstydu sprowadzając docieramy lekko sponiewierani do stacji bazowej wyciągu na „Czarną”. Reszta powrotu odbyła się bez przygód i wczesnym wieczorem myliśmy już rowery u Jakuba na zagrodzie w oczekiwaniu na rozkosze podniebienia jakie zafundowała nam Marysia.

Po onych radościach przyszła pora na ciężkie decyzje dnia następnego. Wszelkie możliwe prognozy zapowiadały kataklizy, potop, trzeciąwojnęświatową i generalnie lipę w departamencie aury. Ostatecznie stanęło na wyprawie do Czech, gdzie pod Trutnovem lokalna ekipa pobudowała emtebeczne ścieżki .

Wczesna pobudka, aby wykiwać opady, ładujemy klamoty do maciejowozu i pomykamy w stronę Trutnova. Tamże oczekuje już na nas kolega po korbie Maciejasa. Składamy rowery, dopinamy plecaki i udajemy się na zwiedzanie. Podjazd, niebieski zjazd, trochę meh, ale bez dramatu, ponowny podjazd, czerwony szlak, trochę bardziej meh i podjeżdżamy po raz trzeci. Po drodze zamieniamy dwa słowa z lokalsami i dowiadujemy się, że omijając czarną ścieżkę możemy wbić na nieoficjalną jeszcze pomarańczową trasę. I jak się okazało był to jeden z lepszych, jeśli nie najlepszy pomysł dnia. Okazuje się baaardzo szybko, że to trudny i miejscami bardzo trudny, techniczny trawerso-zjazd wijący się jak kregosłup węża na kwasie po stoku. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że nie trzeba nakindżać 40kmh z góry i walić 7 metrowych dropów aby mieć spocony rów. Naładowani chamikaliami zjeżdżamy do trail center (no to dość duże słowo w zestawieniu z rzeczywistością), kręcimy się tam chwileczkę i wracamy na ścieżki, do podjazdu. Po drodze na górę, pod sakramencki podjazd który owszem skrócił nam dojazd ale również wypruł kompletnie z reszty sił. Dodatkowo deszczyk zaczął lekko popadywać i odpuściliśmy czarny szlak, jak również „bunkrowy” zielony i przy akompaniamencie tęgiej już ulewy zjechaliśmy na parking znanym już „niebieskim”.

Wszystko zatem zgodnie z planem 🙂 Deszcz (niemal) uniknięty, pojeżdżone, grzyby na śniadanie zebrane – koleżka Jacek wyskoczył tylko w krzuny koło aut na 2 minutki i wrócił z połową reklamowki dorodnych kapeluszy – strat własnych nie zanotowano.

Tytułem szybkiego podsumowania. Trutnov to nielicha miejscówka. Szczególnie jeśli jest się w okolicy i nie ma się czasu na eksploracje szlaków górskich. Specjalna wyprawa do tej miejscówki to lekkie przegięcie, ale wizyta „przyokazji” jak najbardziej SI.

Dwie rzeczy na które warto zwrócić uwagę. W ekhem… trail center obowiązują tylko czeskie korony. Płacenie złotówkami, Euro czy kartami niespecjalnie narazie wchodzi w rachubę. Również, co nieco mnie zdziwiło, na kilku sekcjach drewnianych nie było zainstalowanej siatki przeciwdziałającej ślizganiu się opon po mokremu. Tak jak jeszcze na prostych kładkach nie stanowiło to wielkiego problemu, to już zostawienie nieposiatkowanego wall ride‚a to proszenie się o kłopoty…

Powrót do Kątów ponownie bez przygód, przy nasilającym się deszczu ale z perspektywą kolejnych rozkoszy podniebienia po dotarciu do bazy.

Wieczorem kolejny weather check, który zapowiadał umiarkowanie pozytywne warunki na dzień następny. Miało nas również być więcej, gdyż przed nocą dotarli Grizzli z Wrocka i Mareczek prosto z maratonu w Dąbrowie Górnieczej.

Pogadano, pobrano rozmaite trunki i ku wielkiemu utyskiwaniu Marka nastawiono budziki na wczesną porę.

Dzień trzeci z docelowym punktem na Karpieniu wraz z jego ruinami zamku zafundował nam chyba najbardziej urozmaiconą jazdę tak pod względem przewyższeń, stopnia trudności szlaków, epickości wybnikającej z niemal-zgubienia-się oraz poziomu radochy. Wielkie dzięki dla Maciejasa za sprawną nawigację 😀

W końcu udało się nawet wstawić jakąś fotę, tu dzięki uprzejmości Marka, który ustrzelił Maciejasa i mnie przed finałowym zjazdem do bazy.

37549932366_b1e80f2ec9_z

Po drodze niestety wykruszył nam się Grizzli, którego trudy podjazdów i własna niedyspozycja zmusiły do ratowania się powrotem asfaltami do Kątów.

Relatywnie wczesny powrót i takoż wczesny obiad podyktowany był faktem że obaj Maciejas i Grizzli musieli wieczorem wrócić do domów. Jakoże Marek i ja nie mieliśmy takich zobowiązań po zasięgnięciu języka od Maciejasa i Jakuba wstępnie zaplanowaliśmy wypad na dwóch na dzień następny. Lokalna mapka, którą udało nam się zakosić z jakubowych zasobów okazała się niezwykle pomocna i pożyteczna szczególnie dla nas niezupełnie obytych z terenem.

Nocnepolaków rozmowy i alkoholizacja nie trawły zbyt długo, gdyż w planie mięliśmy największy kilometrza i nawiększą ilość podjazdów do zrobienia. Przy akompaniamencie porykujących na niedalekiej górce jeleni zapadaliśmy w sen…

Poniedziałek zgodnie z prognozą powitał nas wspaniałym słońcem, które sprawnie i szybko usuwało ślady wczorajszej, wieczorno-nocnej ulewy. Z minimalnym poślizgiem wyruszyliśmy w trasę, ku czekającym na nas nieznanym ścieżkom połączonym tylko ledwie poznanymi dojazdówkami.

… i cóż to za dzień był, powiadamwam, cóż to za DZIEŃ 😀

Esensja kolarstwa górskiego. Las, błoto, kamienie, single, wpychanie żelastwa na górę, palenie klocków hamulcowych na zjazdach… Zielony szlak „graniczny” dostarczył nam całej gamy doznań, równocześnie nie karząc nas żadnymi problemami technicznymi.

Paradoksalnie, jedyną gumę dnia Marek złapał na wywalcowanym szuterku, który delikatnie sprowadzał nas z gór ku cywilizacji.

Dwa udokumentowane hajlajty wyprawy.

Panorama z Czernicy

37551749821_d7ff534e48_z

… i wspomnienie zupy pieczarkowej w „Chacie Cyborga”

36890183294_910e78cec9_z

Tu, ponownie dzięki Markowi.

Epicki dzień zakończyliśmy epickim, ponownie przewspaniałym, obiadem.

Nieco markotnie zabraliśmy się przedwieczorem do pakowania klamotów tak aby ranko zapakować sie tylko do markowozu i pomknąć w kierunku Niżu Śródpolskiego.

Oczywiście mnie jeszcze czekało rozmontowanie i zapudełkowanie Wyciora, którego wspólne siły DPD i Alltry miały przerzucić spowrotem do Krainy Herbaty, Dżemu i Marmajtu .

Wieczór ponownie utulał nas do snu przy akompaniamencie porykujących rogaczy.

I to by było w sumie na tyle 😀

Poranione wstawanie, szybki uścisk dłoni z Jakubem i już pomykaliśmy ku tajemniczej-tajemnicy (no przez obsuwę tekstu już wcale nie tak bardzo sekretnej…) o czym przy najbliższej okazji.

Zatem czas na oficjalne podziękowania, pozdrowienia itp…

Największe i najniższe ukłony dla Marysi i Jakuba za goszczenie nas w swoich wioseczkowych progach. Polecam każdemu, kto chce nieco odsapnąć od cywilizacji i ukryć się w Chatce na Końcu Świata. Strona Zakamarków jeszcze się tworzy, ale zaklepać się u nich na weekend lub tydzień (albo dwa…) o dowolnej porze roku rekomenduję całym swoim Chamskim Sercem xD Szkoda tylko, że Jakuba pokręciło jakieś choróbsko i zamiast jeździć łykał pigułki. Next time mate, next time

Następnie Maciejas, który był animatorem-nawigatorem całego wypadu i bez jego znakomitej znajomości terenu nie bawilibyśmy się nawet w 10% tak dobrze. Na dodatek ode mnie, osobiście podziekówka za odebranie z lotniska, przechowanie i podwózki.

Kolejny jest Marecki, który raz spokojnie znosił moje marudzenia, zgryźliwości, mądrzenie się na tematy okołożyciowe oraz podwózkę do niemal samej Warszawy.

Last but not least Grizzli i Jaca za towarzystwo na szlaku.

Tym razem niemal bez fot, gdyż tych Maciejasowych też jakoś nie widziałem…

Moich i Markowych garsteczka Kąty Bystrzyckie

 

 

 

 

 

 

Reklamy
Opublikowano Kotlina Kłodzka, Polskie góry | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Because of over-sleep…

I was supposed to use good weather, favorable tide time and do some beach riding from Withernsea to Spurn Point

Unfortunately I over slept 😦

So maybe some unfinished business with Dark Peak that could be finished?

Why not 😀

–  road from back end of Ladybower dam through Thornhill and Aston – check!

– climb from Barber Booth to Mam Tor – check!

– down the Winnats Pass – check!

57 miles and well over 5200 feet of climbing. Not bad day…

37524479836_32b7d7c2b5_b

 

Opublikowano Local rides, Mr. Plug | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Aldi Cycling Special Buy – week 2

I was always very skeptical in regards to so called Social Media Influence…

… looks like I might have been mistaken all that time.

Obviously someone at Aldi Towers decided that one bitchin’n’moaning  cyclist was more than they could stomach xD

Now, „proper”, cyclist specified, electrolyte drink available at your local store as a part of Special Buy 😀

36275275314_f99b503c28_c

36275273994_536dec0ef8_z

Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , | 2 Komentarze

Aldi Cycling Special Buy xD

This time of the year… School holiday at the end, Aldi is putting some cycling stuff into their shelves.

… but I’m not too sure if that can go into Essential Accessories category…

36772369921_35230ed455_c

36772369391_09072477e4_c

Especially that I was always told, cyclist favorite beverage is beer xD

Not mine anyways, as I’m cider person…

Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , | Dodaj komentarz

… if not Scotland it must be The Lakes…

… and yet again The Capital Trail must wait for my tyres to grace it…

Poor Kaziu was forced to cancel the trip due to some urgent, personal commitments.

Saturday morning seen me calling YHA in Ingleton

– Hi Paul… Yes, my Scottish trip get canceled again. Have off until Wednesday… Wanna ride somewhere?

Good ‚Ole Paul 😀 Ask him to skip visit to his dad and he will be happy to guide you around to bag some miles.

4 distinctive days.

1st for Dales, local warm-up ride. Ace.

2nd for Birkbeck Fells Common and Breasthigh Road. A bit of a crap, but always an experience. Especially „interesting” that Paul somehow managed to decapitate or loose 3 out of 4 granny bolts.

3rd for Gatescarth Pass and Nan Bield Pass. Epic, scary, superb…

4th for Claife Heights. Perfect top-up and finish for so unplanned trip.

Bunch of pretty random pictures … if not Scotland, that must be The Lakes (20-23.08.17)

Thanks Paul, looking forward into October Price of Wales attack 🙂

Opublikowano Lake District | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Nipples xD

So… You get to Planet-X to pick some stuff. Got your box and making your way out.

And that mannequin is biding you farewell…

35828215301_de371eb77e_c

35571760790_074088a653_c

Always preferred brass nipples, but might be actually persuaded into wooden 😀

Opublikowano cycling trivia | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Nauka Pływania czyli Singlova 2017 (II Piknik Jednobiegowy w Polsce 23-25.06.17)

Rowery, niekoniecznie wodne i rzeka to słaba kombinacja…

… chyba, że jest to Brda, Bydgoszcz i Singlova, czyli II Piknik Jednobiegowy w Kraju-Raju xD

Na skrzydłach  Szkockiej Przygody, wespół-w-zespół, Komitet Organizacyjny w Składzie Rambola i Maciejasa, przy czym ten ostatni nieco wbrew sobie i swoim przekonaniom, nieco z podjudzenia, nieco z ciekawości a również nieco ku treningowi logistycznemu, zdecydował się na poskładanie Drugiego Pikniku Jednobiegowego ku uciesze wariatów rozbijających się po terenie na singlach.

Presja i oczekiwania po Pierwszej, Jurajskiej edycji  były wysokie, a że Bydgoszcz raczej nie kojrzy się z wymagającymi trasami MTB byłem lekko niespokojny. Szczęśliwie z towarzyskiego punktu widzenia nie było obaw, gdyż wszyscy Najważniejsi – poza Kaziem którego zatrzymała w JuKeju nowa praca i obowiązki domowe – zgłosili swój udział.

Pomijając interesującą kontrolę – nie osobistą wprawdzie – na lotnisku w Doncaster (jednobiegowe szczerbatki wzbudziły niepokój pana z Security Check – podróż trans-europejska przebiegła bez dodatkowych przygód. Czwartek w Tripolis na odebranie koszulek (dzięki uprzejmości Rude and Disrespectful i Printexpressu) i piątkowym południem obładowany udawałem się na skrzydłach PKP do Bydzi.

35712539822_39f6c335b1_z

Zmienna pogoda oszczędziła mi wprawdzie ulewy, która srożyła się tuż przed samą Bydgoszczą, ale obietnica deszczu wisiała w powietrzu.

Króciutki transfer z pekapowa do maciejasowa i już po 5 minutach sączyłem herbatę z zacnej wielkości kubasa. Jednakowoż nie było czasu na obijactwo gdyż należało trochę pomacherować z rowerami oraz wykonać zakupy spożywcze dla całej ekipy. Miny pań w Lidlu bezcenne xD

35840901176_2b1aa8fa65_z

Następny punkt programu to przejazd z centrum Bydzi do Myślęcinka, gdzie będziemy mieć bazę. W związku z Mistrzostwami Świata U21 w piłeczkę kopaną trafiamy na liczne blokady policyjne, które pozwalają nam pedałować pod prąd i środkiem 3 pasmowej jezdni 🙂 Maciejas napiera jak szalony i muszę naprawdę wysilać giry aby dotrzymać mu kroku. Trzeba będzie mu nalać wody do kół lub przyczepić na sznurku oponę od traktora coby go spowolniła 😉

W międzyczasie otrzymujemy wieść, iż Śląsk już dotarł na miejsce, zatem jeszcze bardziej zagęszczamy kadencję.

Na samym dojeździe przebijamy się singielkami pod dojazd do Kujawsko-Pomorskiego Centrum Edukacji Ekologicznej. Jestem spocony jak zgoniona świania i mokry z zewnątrz, gdyż wąskie ścieżki okładały nas listowiem jak rózgami w bani.

35840899136_b33579dbca_z

Instalujemy się na „lotnisku” z piętrowymi wyrkami, witamy z Rambolem, ekipą podkarpacką i Sobkiem ze Szczecina i już na lekko pomykamy spowrotem do miasta na żerowanie i żeby zgarnąć Mareckiego, który już dogadza sobie w jego ulubionym Makszicie. wyjątkowo w Burger Parku a nie w ulubionym Makszicie :p Do bardzo sympatycznej żarłoczni-burgerownipizzerni docieramy niemal równoczesnie z Brodatym Trollem Yarreckim i Mariolą. Jesteśmy w komplecie!

35840889456_6436cbd035_z

Zamawiamy rozmaite posiłki i udajemy się do lokalnego „źródełka” w celu zakupienia trunków do posiłków i na wieczór.

Peplamy radośnie, apdejtujemy informacje oraz wspominamy niedawny wypad do Szkocji. Napasieni i zadowoleni z życia wracamy z pedała do Myślęcinka. W związku z niedawnymi deszczami odpuszczamy nocny patrol terenowy gdyż oznaczałoby to najprawdopodobniej ugnojenie w błocie po same pachy. W drodze powrotnej Rambol opuszcza naszą radosną gromadę gdyż do domu ma jeszcze ładnych kilka kilo napierania. Maciejas odprowadza nas do Centrum, zostaje z nami godzinkę i przed powrotem do siebie zarządza śniadanie na faszystoskowczesną godzinę. Niezrażeni tą perspektywą kontynuujemy Nocne Polaków Rozmowy do niemal 2 nad ranem.

Wczesną podudkę dnia nastepnego osładza jedynie perspektywa zdrowego śniadanka, ze swojskimi jajcami oraz nieoczekiwany dar dla Bladych Twarzy, czyli Rambolowe Szturmżarcie w Sreberku 🙂

Zaskakująco o czasie udało się całe swawolne towarzystwo zagonić na rowery i do pedalenia. Relatywnie łaskawa pogoda i nielicha prognoza przysłoniły mi niemal kompletnie obawy o ekhem… niską skuteczność mojego przedniego hamulca. Dodatkowo zblakły one niemal zupełnie w świetle faktu, iż Itr przyjechał na ostrzynce, bez żadnych hamulcy, za to z tarczą oferujcą Wsparcie Moralne bez Zacisku na przednim kole. Ona beztroska (ja) i Kozacka Fantazja (Marceki) miały się okazać niestety brzemienne w skutkach. Jednakowoż nie uprzedzajmy faktów…

Podjazdami i zakosami przez lasy udawaliśmy się w kierunku Brdy i Zalewu Koronowskiego.

Dzień stał leśnymi singlami nad samą wodą i przedzieraniem się przez przerośnięte krzuny usiane „łagodzącymi” reumatyzm pokrzywami. Radosne towarzystwo pohukiwało dziarsko na one i tylko wykwity na łydkach i przedramionach świadczyły o tym, iż coś jest na rzeczy. I to coś piecze oraz swędzi xD

35840842956_d46f824f91_z

Pierwszy, krajobrazowo-wyczynowy punkt programu zbliżał się w postaci piaszczysto-skarpiastej plaży nad zakolem Brdy. Znakomita okazja aby przykozaczyć zjeżdżając ze ścianki prosto na wypłaszczony brzeg. I to poszło mi całkiem zgrabnie… Następnie Rysz popisał się technicznym zakrętem o 90 stopni nad samą wodą. Łatwizna. Jak on może to czemu nie ja :p Z buciora pod górę, nosem w kierunku rzeki i dawam. Wszystko fajnie i klasowo ale ten-cholerny-przedni-hamulec-zupełnie-nie-hamuje!!! Ajćajćajćajć… Żegnaj zakręcie o 90 stopni, witaj rzeko. Żeby tylko nie polecieć przez kierę, bo szlag trafi tak precyzyjnie przygotowany makijaż… Gromki rechot ze skarpy upewnił mnie w przekonaniu, że zamoczenie wszystkiego oprócz głowy było pozytywnym wysiłkiem podtrzymującym śmiechową atmosferę prywatki.

Nagranie popełnine przez Sobka

Nieoczekiwany bonus, rower z tak dużymi kołami i szerokimi kapuciami nie tonie, ale radośnie unosi się na wodzie. Również zaśmiewając się do łez musiałem go szybko wyciagać, gdyż zaczął niebezpiecznie oddalać się powodowany leniwym w tym miejscu nurtem Brdy. Wystrzelawszy cały zapas śmiechomunicji towarzystwo zaczęło proponować suche szmatki na przebranie i niemal fizycznie zaczęło zmuszać mnie do wyskakiwania z mokrych łaszków. Udało mi się wykrecić, co okazało się całkiem pozytywną decyzją, gdyż 2 godziny później byłem już całkiem suchy, włączywszy buty i skarpetki. Jedynym, faktycznym stratnym w tej przygodzie był mój telefon ktory nie przeżył wodowania. Co ciekawe posiadam wodoodporną pipkę na niego ale poręcznie tym razem nie splamiłem się jej użyciem. Nauczka na przyszłość :p

35750108601_1569aacfa0_c

Dość powiedzieć, że rozochocona i nie do końca zaspokojona Woda jeszcze dwukrotnie próbowała zaatakować wciągając w oczerety Sobka i kradnąc Adasiowi Puffin’a, który zaczął pociągać go ku odmętom. Na szczęście skończyło sie bez namaczania, a przed lądowaniem w zalewie Mariolę uchroniło „przytuleniesię” do nadbrzeżnej sosny.

35840778766_69e3ca48c3_z

Oficjalny popas, foty, pasza (żurek był naprawdę dobry, choć Ślązaki krecili nochalami), lekkie rozleniwienie i Maciejas znowu popędza nas gdyż obiadokolacja już niedaleko a kilometrów jeszcze kilka.

35042225224_36bddf946b_z

Na Wniosek Większości decydujemy się na mały objazd aby zobaczyć most wąskotorówki i spróbować się z żwirowym Podjazdem-Koszmarem. Na tyle koszmarnym, że nawet Mocarny Rysz w 2/3 musiał skapitulować.

35840799316_fd68699407_z

Wracamy do nadbrzeżnych singli leśnych i pomaleńku kierujemy się ku Myślęcinkowi. Jakoże czas nieco nam się skurczył odpuszczamy ostatnią sekcję na rzecz ostatniego zjazdu… Ostatni Zjazd… Te budzące grozę dwa słowa. Szczególnie z perspektywy połamanego na Jurze pablosowego obojczyka. Tym razem udało się relatywnie lajtowo, bo Marecki „zaledwie” wywalił dzwona na zjeździe z przeciwstoku i zaliczył twarzowe powiększenie przedramienia do rozmiarów znanych z kreskówek o marynarzu Popeye.

35840776536_976eaa57e9_c

Tyle strat własnych. Na miejscu, w Centrum pasza została spożyta, Marecki spacyfikowany torbą lodu i Armiową Białą Niemiłosierną, piwa i cydry wypito a korzystając z dobrej pogody wstępnie zaplanowano nocny patrol po Myślęcinku, do którego miał dołączyć Adamos.

35840772596_b325dd2ab4_c

Dość powiedzieć, że Myślęcinek zaskoczył wszystkich bardzo pozytywnie pod względem rowerowym a ja sam sobie, podwójnie z resztą, strzeliłem w stopę (na szczęście, bez strat własnych) nie zabierając światła i zakładając pomarańczowe soczewki zamiast przezroczystych. Jazda na zakenderzonym świetle Maciejasa, na pamięć krótkotrwałą na ostatnim zjeździe (znowu ten straszny zestaw słów xD ) była jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem…

Wieczór to ognisko, kiełbasy parzace palce i podniebienie oraz raczej wczesny spoczynek po pełnym wydarzeń i wysiłków dniu.

35712395312_34129626b3_z

Dzień następny to ponowny wczesny start. Niewątpliwym hajlajtem śniadania jest swojski twarożek ze szczypiorkiem. Jak u babuni na wsi, na wakacjach 🙂

Skancerowany Marecki składa swoje klamoty i dzięki uprzejmości Maciejasa zostaje samochodowo odtransportowany do Bydzi gdyż obowiazki w Stolicy wzywają. Reszta dzieli się na dwa obozy: lajciarzy, którzy samochodowo lub najkrótszą drogą z korby wracają do Bydgoszczy i przygodowiczów, którzy pod dowództwem Rambola udają się na poprzedzone leśno-polnymi dojazdowkami zwiedzanie samego miasta.

35881424285_4858b910bb_c

Całość wycieczki krajoznawczej kończymy w bardzo nobliwie wylądającej lodziarni, która dzierży pono tytuł najlepszej w okolicy. Sądzac po ilości chętnych kilentów oraz po wyborze smaków niewątpliwie zasłużone to miano. Dodatkowo nadmienię, iż moje plebejskie podniebienie zostało mile połechtane organoleptycznie. Śliwka w czekoladzie… Mhhhmmmmm…

35881416635_007e465062_z

Wszystko dobre, co się dobrze kończy a myśmy zakończyli bydgoską edycję Singlovej w tym samym miejscu, w którym żeśmy ją rozpoczęli, czyli w znanej już nam burgerownio-pizzerni niedaleko Maciejowa.

Powitania zamieniamy na pożegnania i przyobiecanki szybkiego, ponownego zboru przy okazji jak tylko się nadarzy. Może Stallovy? Kto wie?

Osobiście, już bardziej cywilnie miałem przyjemność zrobić poprawkę zwiedzania Bydzi wraz z Maciejasem i jego familią.

35493607140_78bc832567_z

Przy okazji, nomen-omen, okazało się, że Szwalbe to nie tylko opony (całebożeszczęście, bo to szmaty starszliwe) ale również jegomość mający „nasumieniu” bydgoską filharmonię, która może się poszczycić muzyczną fontanną 🙂

Poniedziałkowym zaś porankiem snując plany na Wrześniowy Atak na Kotlinę Kłodzką umykałem ponownie pod znakiem pekapu z Bydzi do Tripolis.

Było, minęlo, byle do następnego roku 😀

Słówek kilka tytułem podsumowania.

Polska scena jednobiegawcza oficjalnie i pomaleńku zaczyna (tfu, tfu i napsaurok) nabierać kształtu oraz mięśni. Bydgoszcz totalnie i niezykle pozytywnie zaskoczyła pod względem rowerowym a organizacyjnie wyszło kilka kroków lepiej niż na dziewiczo-pierwszej Jurze. Wielkie, wielki podziękowania dla Maciejasa i Rambola za ogarnięcie trasek, logistyki i miejscówki tak blisko a zarazem tak daleko od cywilizacji. Nie dziwię się zupełnie, że Adaśko z zazdrością wypowiadał się na temat Myślęcinka 🙂

Co zatem za rok? Pomijając, że czeka nas Holenderskie Wyzwanie czyli Wiosenny Desant Rowerowy na Arnhem. Podkarpacie? Śląsk? A może stare dobre Trójmiasto? Się obaczy…

Kilka galerii rozmaitego autoramentu:

Singlova by Pablos

Singlova by Maciejas

Moja Singlova galeria

Opublikowano Singlova | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz