Szkocka Przygoda z SSEC 2017 Evanton w tle – relacja własna by Wspólny Wysiłek Produkszyn.

Na samym początku WIEEEELKIE dzięki dla Itra, Kazia, Maciejasa, Dżejkoba i Bama za słowa, zdjęcia i całokształt. Bez Was Panowie cała ta relacja byłaby niewarta funta kłaków. A Przygoda nie miałaby nawet 30% Smaku 🙂

… opadł kurz ze szkockich szutrówek, blaknie opalenizna na łydkach i karkach, temperamenty i poziom hormonów  wracają do normalnego poziomu…

Szkocki Road Trip z SSEC Evanton w tle przeszedł do historii.

A było to tak…

35098806135_6f27f11c8b_z

Po świetnym SSEC 2016 w spektakularnym Kobarid organizacja tegorocznej imprezy dla jednobiegaczy przypadła w udziale kilciarskiej ekipie z Highland’ów. Miejscówkę zaklepano na północ od Inverness w wioseczce o nazwie Evanton.

Od wczesnego liściopada, kiedy stało się już oczywiste gdzie odbędzie się tegoroczny – wtedy jeszcze przyszłoroczny xD – spęd zacząłem planować i agitować.

Po rozpatrzeniu kilku opcji, zadeklarowaniu i wycofaniu się kilku potencjalnych uczestników, stanęło na wynajęciu vana, a w zasadzie mini-busa, który miał pomieścić 3 Muszkieterów wraz ze mną jako woźnicą. Ekipę z moją osobą za kierownicą uzupełnili Maciejas, Itr i Jakub, roboczo zmakaronizowany przeze mnie na Dżejkoba. Na miejscu spodziewaliśmy się również Kazia z jego drajwerem oraz lokalnej i nieznanej mi ekipy z Inverness. Zapowiadał się najliczniejszy Kontyngent Polski w dziejach SSEC xD

Z rozmaitych przyczyn odpadli niestety Koval i Kuman. Również po traumatycznych doświadczeniach z Latającymi Szczękami – midges – Yarrecki z Mariolą odmówili współpracy. Wielka szkoda 😦

Jako, że zapowiadał się całkiem epicki rołdtrip – minimum 421 mil w jedną stronę – Towarzystwo uzgodniło, że było wstrętnym grzechem i zaniedbaniem nie zobaczyć lub nie objeździć kilku miejscówek po drodze do Evanton. Plan przypasował mi pysznie, ponieważ w czasie ponad 10-cio letniego pobytu na Wyspach nie byłem jeszcze dalej na północ niż Cumbria i Northumbria.

Plany ukuto, stopiono i przekuto raz jeszcze. W końcu dzięki wsparciu Komunalnej Jaźni STW zdecydowaliśmy na dwa klasyczne W-Górę-i-W-Dół po drodze do Evanton. W zamyśle mieliśmy zmierzyć się z górującym nad Loch Lomond szczytem (suprajsuprajz…) Ben Lomond oraz niedalekim od Loch Tay Ben Lawers’em. Niby tylko kilka kilometrów za to 100% pod górę. Będzie ęduro całym pyskiem włączywszy taszczenie klamotów na plecach ]:->

Pół roku umknęło zaskakująco szybko i w połowie maja zacząłem odbierać wysłane z Kraju-Raju rowery chłopaków. Oczywiście nie obyło się bez nerwowej końcówki kiedy to Kodeina Dżejkoba dotarła do mnie na niecałe 24h przed Grand Depart… Dzień bez podkręcenia mentalnej śrubki to dzień stracony 😀 Dodatkowo do całości stresa dołożył się fakt, iż z bliżej nieznanych przyczyn bus, którego wypożyczyliśmy dostępny był tylko w wersji dla posiadających upośledzoną koordynację mózgowo-manualną czyli z automatyczną skrzynią biegów. Nie pomagał również fakt, że okazała się to być przeogromna kolumbryna. Po ledwie 3 letnich doświadczeniach ze Sztruclem byłem pełen obaw w związku z niemal 1000 milową wyprawą, na której byłem jedynym, oficjalnie dopuszczonym do ciśnięcia pedałów i machania kółkiem zawodnikiem. Raz kozie…

35370095445_2a5ceaf034_z

35370094935_48063780cc_z

35002890910_02b7abec48_z

Ostatnim rzutem na taśmę udało mi się wraz z pomocą Białki usunąć tylny rząd siedzeń z Vito. Jak się okazało była to Jedyna Słuszna Droga, gdyż po wrzuceniu do tyłu rowerów i wszystkich klamotów zostało tam zaskakująco mało miejsca.  Trzaśnięcie klapą, szybka zdrowaśka pod nosem i już (lekko spóźniony) pomykałem do Portu Lotniczego Robina-co-(c)Hud-bo-Nic-nie-Jadł w celu przechwycenia chłopaków.

35370080375_5b47fcc00a_z

Przydługi, pierwszy etap podróży upłynął nam na pogaduchach, odsypianiu wczesnego startu – przynajmniej dla chopoków – i okazjonalnych błędach nawigacyjnych.

35203740612_8139ddae2e_z

[Itr]

Panowie z dużą dozą zachwytu kontestowali angielskie, lustrzane odbicie ruchu drogowego. Każde skrzyżowanie czy wielgachne rondo daje ten dreszcz balansowania na granicy instynktu i lęku pasażera przed posuwem busa w nieznane pasy ruchu.

Wraz z posuwaniem się na północ, ku coraz bardziej wyboistym i malowniczym krajobrazom nasz zachwyt nad otaczającymi nas pocztówkowymi obrazkami rósł proporcjonalnie do umykających mil.

34165072824_337ccd9ac2_z

Dzięki wczesnemu startowi i relatywnie nie zakorkowanych drogach dotarliśmy nad Loch Lomond wczesnym popołudniem. Zaklepanie się w hostelu, siku, papu i najbardziej „ekscytujący” punkt wieczoru, czyli składanie rowerów.

34712010090_e05fe8a2b1_z

Przy okazji mały, nie do końca miły detal. Rowardennan SYHA Hostel nie posiada niestety szopki do przechowywania rowerów. Zakupiona tuż przed wyjazdem w PX plandeka bardzo się przydała, szczególnie, że w nocy nieco kropiło.

34527383394_a095c6d79c_z

[Itr]

Największym ryzykiem były opady analne jeżyków i jaskółek, które w okolicach jakże anielskiej wieży naszego hostelu urządziły sobie poligon lotniczy.Urocze nasze siedlisko miało również starannie strzyżone łąki na przedpolu jeziora gotowe w razie potrzeby na wylądowanie dywizjonu Spitfire’ów a w jezioro pełne lomondyjskich lochów śmiało wdzierał się pomost dokujący dla szpiegowskich U-bootów. Panorama, woda, góry i mgły oraz bryza oraz poranne koszenie trawy, miejsce nad wyraz bajkowe…

34992051095_7844bf55e2_z

Mapy sprawdzone, plany poczynione, budziki nastawione na faszystowską godzinę i udajemy się na spoczynek przed jutrzejszym atakiem na Ben Lomond.

Połykamy śniadanie, przenosimy graty do Debilowozu i rozpoczynamy Podjazd – a przynajmniej tak nam się z początku wydawało xD

34560492283_13166ed1d5_z

Szybko okazuje się, że Ben Lomond to podstępna i wymagająca pagóra. Kamloty, progi, „rynny” odprowadzające wodę, pionowe niemal ścianki… Wszystko to zmusza do niesamowitego skupienia lub redukuje cię do smarowania z buta.

34934430132_ceba2dfb2c_c

Temperatura i puls wystrzeliwują nam w kosmos. Najbardziej chyba cierpi Dżejkob, który wystartował w pełnej zbrojce. Pierwszy przystanek i wyskakiwał z niej szybciej niż się w nią ubierał. Po pierwszej, wyżynkowej sekcji trafiamy na nieco mniej nastromiony szlak, który chociażby w teorii umożliwia podjazd a nie podejście. Teren ciągle techniczny i nie pozwalający na mentalne rozluźnienie zwieraczy.

34149427144_b8bae308c5_z

Słońce przypieka coraz mocniej, szczyt tonie w chmurach i mgle a my mamy ciągle 4 boiska piłkarskie w pionie do pokonania.

34149429334_a3a0abf5e1_z

Zabawne są interakcje ze współ-zdobywającymi (pieszo) górę. Reakcje od niedowierzania, pukania się w czoło aż po podszyty lękiem szacunek… No i jeszcze ten lokalny dialekt xD

„rijt, jaddajaddajaddablada, mantynbajking?”

Bardzo się cieszę, że jest mi przyjemnie, ale co ty człowieku-men do mnie właśnie powiedziałeś????

Następna część to klasyczne, endurowe targanie żelastwa na plecach. Jedyna pociecha taka, że widzimy już cel naszej mordęgi, który właśnie wychyla się spoza chmurzastej czapki-niewidki. Pomimo ciężkiej pracy i spektakularnych widoków po drodze nie dane nam podziwiać okolicy z samego szczytu. Jak to w górach, przyleciała chmura i spowiła wszystko sinym woalem.

35203751172_6f35e16613_z

Przy punkcie triangulacyjnym na czubku kolejna niespodzianka. Czekały tam na nas CHMARY midżetów, komarów i innych latających paskudztw.

[Itr]

…w tym i nieletnich (przynajmniej optycznie) ancymonek, które na samym czubku zmaterializowały się znikąd na kształt syren, na szczęście nie podnosząc śpiewu, dlatego nasze szczytowanie miało charakter symboliczny i wraz z krukiem – czyli lokalnym kanapkowym sępem i dwiema paniami z pieskiem zeszliśmy szybko na doraźny parking rowerowy, na pierwszej podlomondzkiej przełęczy. Chętnych do zjechania na osamotnionych rowerach nie było….

Szybkie zdjęcie i umykamy na dół gdzie przed ostatnimi kilkudziesięciu metrami zostały nasze rowery. Tylko Dżejkob zdecydował, że skoro Kodeina „zrobiła” całą tę drogę zasługuje na fotę 🙂

34181698623_bc2e44ffa0_z

Gear up, saddles down i rozpoczynamy ekstrawaganckie wydawanie naszych bardzo ciężko zarobionych metrów.

35058904596_5b8a673914_z

Zjazd to emocjonalna walka z terenem, słabościami ciała i sprzętu – 2 kapucie. Na szczęście obyło się bez większych strat w sprzęcie i sile żywej, a sumaryczny wynik 3 mini-dzwonów można uznać za naprawdę przyzwoity. Szczególne słowa podziwu dla Mareckiego który nie dość, że jechał na sztywniaku to jeszcze na dodatek z mechanicznymi hamulcami i tarczami 160mm.

34604436810_a95e74dc6c_z

[Itr]

Dewiza Itra na ten dzień, im mniejsze tarcze tym trzeba znosić rower z większą troską. Próby pofolgowania tej zasadzie kończą się karą Zgryzu Węża, głośno anonsując system TubeMore: chłopaki więcej dętek!!!

Ciekawostką szkocką są bramki  (taka generalna, JuKejska przypadłość…) , niczym na stacjach metra.

Płotki, płoty, murki i mury widać wszędzie. Pnąc się z rowerami do góry napotykamy zabawne  drewniane śluzy, gdzie pojedynczo, rowerem na sztorc stawianym porusza się drewniano furtko- zastawką by przejść do kolejnego etapu. Brakuje tylko czytnika kart wiejskich, aby bramę taką pokonać …  Ludzie w takim miejscach to nie owce, i dają radę, ale w takich szykanach człowiek ma ochotę zabeczeć …taki folklor.

 

Nie po raz pierwszy góry zmuszają do zgięcia kolan i uznania ich zdecydowanej wyższości…

Po powrocie do hostelu pakujemy busa, bierzemy szybki prysznic i kierujemy się na północny-wschód ku Loch Tay, gdzie mamy zaklepany kolejny nocleg i jeszcze większą górę do zaatakowania.

Bez specjalnych przygód, wczesnym wieczorem docieramy do Boreland Loch Tay. Przesympatyczna gospodyni zarzuca nas stosem informacji, porad i odpowiada niezmordowanie na nasze najgłupsze pytania.

35098755305_dc91ae4808_z

[Itr]

Śpimy w dość pokaźnym i stary gospodarstwie rolnym, które posiada nieme odznaki i oznaki koegzystencji człowieka z owcami i końmi. Korytarz prowadzący do naszego pokoju przypomina hitlerowskie krypty w Górach Sowich. Pobielone wapnem ściany mają żółte wykwity czarciej siarki.Jednak już za cyfrowym zamkiem trafiamy do idyllicznego Fort Knox naszych snów, gdzie zgrabne piętrowe łóżka tylko czekały by wziąć nas w swoje puchowe objęcia. Atutem kwatery jest nieprzebrany w komplementach lokalizacyjny atut widokowy czyli jezioro rynnowe, które będzie pięknie mglić się o poranku.

34968161671_669df3cb17_z

Kuchenne imprezy są najlepsze i tam właśnie nawiązujemy znajomość z lokalnymi i niespecjalnie lokalnymi (Isle of Mule) szkockimi łazikami.

[Itr]

Rozpoczynamy klasycznie od wysokiego C. Czyli pełnej dominacji w kuchni. Kontenery żywności, które Ivan zgromadził chyba przy współudziale Hudego Robina od brnących przez wycięty Sherwood kupców z Tesco, robią na przypadkowych spektatorach takie wrażenie, że usta same otwierały im się ku podłodze. W połączeniu z manufakturą spożywczą, i myjogarową stanowiliśmy wulkaniczny element kuchenny, koło którego nie da się przejść obojętnie.

34582122163_89ef450e72_z

Przy szklaneczce dżinu z tonikiem i mapach przeprowadzamy reality check przed dniem kolejnym. Ben Lawers to jeszcze wyższa i jeszcze bardziej techniczna góra niż Ben Lomond. Nawet założywszy, że pierwsze 200-300 metrów w pionie czitujemy podjeżdżając samochodem do wysokości parkingu rezerwatu przyrody. Po krótkiej dyskusji i sprawdzeniu kilku opcji decydujemy się na trzymany w rękawie zapasowy scenariusz dnia w postaci singli w Laggan Wolftrax. Może to i mniej epicki wariant ale raczej gwarantujący poziom satysfakcji bez doprowadzania się do stanu przedzawałowego i ryzykowania złamanymi kończynami bądź kręgosłupem. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, syci i lekko ziewający udajemy się do miasteczka 4 mile obok w celu sprawdzenia jakości szkockiego piwa. Podczas degustacji, nie raz burzliwie dyskutujemy Temat Dwuletni i Ponownie Powracający, czyli organizację SSEC w Kraju-Raju. Ostatecznie konkludujemy, że 2018 to jednak ciągle za wcześnie, tym bardziej, iż liczba ludzi wiedzących jak to robią inni i OCB tak naprawdę w tej imprezie, za 2 dni wzrośnie 3 krotnie 😀

Kolejna wczesna pobudka, pasza, pakowanko i ponownie w drodze. Tym razem nieco klucząc i objeżdżając rozkopane drogi docieramy do Wolftrax późnym rankiem.

Po drodze dostajemy ślinotoku na widok ciągnących się milami szutrowych szlaków wspinających się i opadających z łysych, surowych, szkockich stoków. Idealne miejsce na żwirołacką wyprawę. Może nawet z jakimiś tobołkami… ?

Na miejscu, w Laggan, bardzo miły zaskok. Przybytek posiada działające prysznice, które przy aktualnej temperaturze i po jazdeczce stają się jednym z najlepszych wyborów jakie nieświadomie dokonaliśmy.

[Itr]

Budka miała też aromatyczna kawę i zestaw ciast stanowiąc radosne pobudzenie, pomocne przy zbieraniu myśli. A jazda po ścieżkach tego parku, po nawrotach, skokach i kamiennych wytrzęsokrokach czyni człowieka radośnie rozbieganym, razi umysł niczym woda ognista.

Sam trail center oferuje fajnie utrzymane i dające pokaźny zastrzyk satysfakcji single. Robimy na luzie dwie odnogi czerwonej trasy, wracamy do visitors center na krótki popasik po czym raz jeszcze przejeżdżamy dolną sekcję, aby Maciejas mógł zaspokoić swoją potrzebę fotografikowania.

34288908703_abe39aa47e_z

35098744035_d15f147c1d_z

35058855326_58b15ee195_z

35098733115_183f145489_z

 

Prysznic, herbatka – w międzyczasie do Evanton dociera Kaziu z Bomblem, o czym donosi nam sesemesiasto – i ostatni skok przed nami.

 

[Kaziu]

Ekipa z Brumu w postaci Bombla & Kazia z powodów pracowniczych i rodzinnych (a tak naprawdę kondycyjnych) nie planowała niestety wielkiej wyprawy połączonej ze zdobywaniem korony gór i czarnych szlaków na rozgrzewkę przed SSEC. Plan był jak najszybciej dojechać do Evanton, rozbić namiot i zacząć rozbijać się hedonistycznie. Trasa została pokonana szybko i sprawnie, nęcąc oko i duszę przepięknymi krajobrazami po przekroczeniu granicy angielsko-szkockiej tudzież licznymi destylarniami, szczęśliwie dla nas, zamkniętymi o tej porze. Szutrówki wzdłuż A9 rozpalały wyobraźnie każdego, komu gravel w duszy głośno gra, huczy i buczy oraz stały się tematem przewodnim pierwszego wieczora.

 

Przemykamy przez Inverness, pokonujemy dwa mosty nad spektakularnymi zatokami wschodniego wybrzeża (ktoś tylko mocno spuścił wodę) i wieczorową już porą docieramy do Novar Estate.

35203743032_8565e3affd_z

Pobieramy przygotowane przez Orgów dobro i próbujemy gdzieś zainstalować swoje namioty.

[Kaziu]

Zadanie niełatwe gdyż teren pofałdowany jak w Szkocji, miejsca nie-za-bardzo na cztery namioty. Udaje nam się jednak odkryć kawałek poletka uchowanego pod zwaloną szkółką leśną. Godzina rzucania konarami i teren wygląda „w miarę”.

34164606524_247ec031ba_z

Nie jest to tak oczywiste, bez jednego, zbiorczego i ściśle określonego miejsca biwakowego. Finałowo optujemy za Obozem Narodowym pod Flagą Polską, Szkocką, GT-owską, Majciorami Kazia…

35370102725_c986860e52_b

[Kaziu]

…i lekko podarta duuża flaga Godiva. Dlaczego lekko podarta, zapytacie, i dlaczego Ivan nagle spąsowiał na twarzy i ciężko mu było dyszeć? Po odebraniu flagi od El Presidente Martin’a Ivan szarmancko owinął sobie ją niczym apaszkę (a raczej apacza) wokół szyi…a pozostały kawałek skutecznie wkręcił się w zacisk hamulca. Na tyle solidnie że walczyliśmy obaj przez dobrą minutę aby oswobodzić materiał. Sukces, próba numer dwa, styl apaszka v1.2 i tym razem flaga postanawia się wkręcić w koło przy okazji dusząc Ivana i omal nie skręcając mu jednocześnie karku. Dobrze, że El Presidente nie widział…

34526434704_3195f37b9a_c

Kaziu wraz ze swoim woźnicą Bomblem zrobili już zwiad terenowo-knajpiany i zaczęli zasypywać nas ploteczkami z bliższej i dalszej okolicy.

 

[Kaziu]

Jednym z priorytetów było odnalezienie jakiegokolwiek cieku wodnego aby z czasem móc zmyć z siebie wonne wspomnienie trudów dnia i nocy. Po wykręceniu ponad kwadransa kilometrów okazuje się że potok mieliśmy w zasadzie pod nosem. Szybki test wartkości prądu tudzież kurczliwości termicznej (rozmaitych części ciała, z tymi nabiałowymi na czele) i wracamy ku namiotom aby wyczekiwać reszty ekipy.

34197662593_292af43646_z

34844980322_abab0f4981_z

Oczywiście nie obyło się bez powitań ze starymi znajomymi oraz krótkich prezentacji nuworyszy z Polski niektórym Prominentnym Figurom Jednobiegawczego Światka.

Po przynajmniej dla niektórych ekhem… interesującej nocy sobotni ranek zastał nas z szybko wspinającym się na nieboskłon słońcem, rosnącą temperaturą oraz koniecznością dokonania ostatecznych poprawek i korekt planowanego Polskiego Punktu Żywieniowego na Miszczoskiej Trasie.

Warto również tutaj wspomnieć o wysiłkach cross-dress’owych w wykonaniu wszystkich uczestników SSEC z polskim paszportem. Wszystkich oprócz Maciejasa, który nawet nie odpakował swoich blond warkoczyków z pudełka.

[Itr]

Wysiłki dresiarskie były oparte o najbardziej niesamowity wkład Pani Maćkowej Żony, która własnym przemysłem i pomysłem krawieckim ugotowała najseksowniejsze, koronką podszyte pseudo-kilty łowickie, niczym babie lato rozwiewały się one w rowerowym pędzie naszej singlowej imprezy.

Dość powiedzieć, że w onej pożalsięboże zbieraninie nie zabrakło Starej Prostytutki, Koszmarnej Lali z Cepelii, Podejrzanego Jegomościa w Krótkich Portasach i Cylindrze, Jezusa jak również Brodatej Słowianki w Miniówce.

35370084125_08084b3a60_z

35239435781_b1344d6d99_z

34982605250_de95df6016_z

34844588642_0001a3bdf5_z

 

[Kaziu]

Poranek dnia wyścigowego kilka osób wita myślą „po cholerę ja tyle wczoraj” ale szybko przywdziewa dziarskie miny lub peruki i rusza ku linii startowej. Po dotarciu na pole zrzutu rowerów zostajemy odeskortowani na przemarsz po miasteczku w towarzystwie orkiestry wykonującej tradycyjne szkockie dęcie w dudy. Mieszkańcy Evanton z ciekawością wypełzają podziwiać bandę przebierańców maszerującą środkiem ulicy, po czym następuje powrót na boisko na apel od organizatorów oraz rozgrzewkę. Tak – pani mocno fitnesująca starała się zachęcić jak największą ilość osób do naśladowania Jej podskoków i podrygów. Początek nienajgorszy, ale po minucie jedynie najwytrwalsi pozostają aktywni a reszta albo omdlewa albo zaczyna się głupawka i małpowanie. Jest miło i wesoło a słońce już zaczyna parzyć po karku. Wiatru znikąd.

Koniec wuefu zwiastuje początek wyścigu…

34526400874_1a3bbaf976_b

Jakoże żaden z nas nie miał specjalnych ambicji wyścigowych – no może poza Mareckim, któremu i tak szybko przeszło – postanowiliśmy skupić się na serwowaniu chleba, wódki i ogórków kiszonych na bufecie oraz na pogawędkach z uczestnikami, Orgami i wolontariuszami obstawiający trasę.

34559613983_1dbce7bca7_b

Jednakowoż, musimy oddać tej ostatniej, czyli trasie właśnie, że była wyjątkowo wredna, podstępna i wymagająca tak pod względem fizycznym jak również technicznym. Znamiennym niech bédzie fakt, że tylko jedna osoba pokonała najtrudniejszy podjazd 3 krotnie na rowerze. Zmuszał on nawet zwycięzców Miszczoskiej Gonitwy do odwołania się do Trzeciego Biegu Roweru Jednobiegowego. Dla mniej obeznanych to wtedy kiedy już dalej nie możesz i smarujesz z buta…

35369144115_fb737d1aa8_z

34559602223_4aa319c64c_b

[Kaziu]

Wszyscy cisną dziarsko dopóki oczom naszym nie ukazuje się pierwszy podjazd. Jęczę ale kręcę i postanawiam włączyć buta dopiero po ujrzeniu pięciu prowadzących. Po czwartym „poddanym” mam zamiar błagać kogoś o wybawienie mnie z mej udręki, ale na szczęście pan obok prawie spada z roweru, czyniąc i mnie szczęśliwie podprowadzającym. Chwila oddechu, wypłaszczenie i znowu w siodło, jakoś udaje mi się dotrzeć w okolice pierwszego przystanku, gdzie postanawiamy rozbić nasz stolik dobra wszelakiego.

34982618590_87bc45b974_z

34982620300_21f240c2a2_z

Po dość umiarkowanym entuzjaźmie Wespół Cierpiących w drugiej połowie wyścigu nasz mały punkcik żywieniowy zaczął cieszyć się wielkim powodzeniem. Dość nadmienić, że SSEC-owicze spożyli 5 i pół słoika ogórków kiszonych i obalili 2 flaszki 😀

34197658473_4b796d40d7_z

… a było to tylko dodatek do oficjalnego, orgowskiego birstopu xD

[Kaziu]

Początek (trasy) jest niewinny, ale niebawem zaczyna się walka o każdy metr, oddech i przytomność. Tutaj mała uwaga – morphsuit jest wyśmienity, ale skutecznie ogranicza przewiewność (czytaj: oddychanie) dodatkowo rozpłaszczając nozdrza co niemal definitywnie eliminuje efektywne pobieranie tlenu z otoczenia. Dwa razy mam wrażenie że mdleję, zaczynam na podchodach ściągać maskę z maski i wentylować me opuchnięte lico. Zjazdy wynagradzają wszelkie podjazdy i podchody, widoki na zatokę niesamowite, szczególnie w letnim krajobrazie jaki zaserwowała pogodynka – 29*C i leciuchny zefirek raz na pół godziny.

35202835522_beaab7429e_z

35369137885_5ac8129f33_z

W końcu wszyscy ścigacze skończyli się ścigać, to co było do zjedzenia zostało zjedzone, to co było do wypicia zostało wypite, podręczny stolik ponownie znalazł przytulne miejsce na plecach Dżejkoba i całe radosne, nieco przypieczone na czerwono towarzystwo raczej niespiesznie pokulało się do głównego obozowiska w celu spożycia przyobiecanego przez Orgów posiłku.

 

[Kaziu]

Mistrzem zostaje koleś na Surly Big Fat Dummy, który wchodził w zakręty bokiem, unosząc tumany kurzu zblokowanym tylnym kołem. Klasa!

 

[Itr]

Generalnie wokół same ciekawe rowery, grube koła, sztywne widelce czasem o rachitycznych, drucianych kształtach albo strunowych zawieszeniach, ramy z tytanu, stali i węgla, dziwne mostki, kierownice, rasowe korby, i obręcze jak ze snów, takie bogactwo, że ciężko ogarnąć ….

34526408594_ca5cc1a4ff_z

34164601314_99e36fe101_z

Palce zostały oblizane, toasty wzniesione a rozluźniona i leniwa atmosfera zaczęła udzielać się wszystkim i każdemu z osobna. Pod natchnieniem ogólnego, letniego klimatu co odważniejsi udali się nad pobliską rzeczkę aby w jej lodowatych – eee, tam, ciepła ta woda… Jakieś 6 stopni xD – odmętach zmyć z siebie rejsingowy swąd i kurz.

34164941394_a2549f9927_z

Następnym, całkiem punktualnie odhaczonym punktem programu było parugodzinne załamanie pogody, poparte deszczem i spadkiem temperatury. Idealne warunki na uraczenie się świeżo ściągniętą z grilla kiełbaską xD

[Kaziu]

Część zwraca na chwilę pod obozowisko aby rozpalić węgla pod wurst, po czym zwabieni hasłem „gotowe” wszyscy rzucają się na gięte które giną w gębymgnieniu.

34968234886_8cd5ded763_z

Pokrzepieni skarbonizowanym białkiem i tłuszczem, zacheceni przeciecierajacym się niebem i gromkimi okrzykami dobiegającymi nas z głównego placu iwentowego udaliśmy się popatrzeć kto i o co zmaga się w nie do końca poważnych konkurencjach.

Nieco rozczarowującym był fakt, iż nie odbyło się tradycyjne ciskanie rowerem w dal. Wnioskuję, że Orgowie zaczęli być pod presją nadchodzącego wieczora, który po deszczowym intermedium nagle zaczął być nieprzyzwoicie blisko…

… a tu ciągle nie wiadomo kto organizuje SSEC w roku 2018!!!

Tutaj też dała o sobie znać stara zasada, że kto późno przychodzi sam sobie (może za)szkodzi(ć).

Chłopaki – i krzepkie dziewczyny z resztą też – zabawiali się ciskaniem wielką, kamienną kulą. Taki rodzaj rozrywki sportowej z Highland Games.

34844584642_abfaf044ba_z

No to czemu nie ja xD Niemal wyrywając sobie ramiona z barków spróbowałem i oczywiscie wynik był patetyczny. Jednakże pod wpływem ogólnej atmosfery zacząłem namawiać innych aby też zmierzyli się z kuleczką. Jedynie Emil zdecydował się na dwukrotny rzut. I drugi właśnie sprawił niezłe zamieszanie. Gdyż okazał się najdłuższy z zanotowanych.

Nagle ze wszystkich stron podniosły się radosne entuzjastyczne okrzyki: „We are going to Poland!!!”. Dopiero wtedy zrozumiałem, że zupełnie niechcący wbiłem nas w sam środek zawodów mających na celu wyłonienie organizatora SSEC 2018. Skórcz odbytu i moszny, nerwowe negocjacje z Orgami i … udaje się z całości wyjść z twarzą. Orgowie decydują o drugiej rundzie zmagań, do których już roztropnie nie przystępujemy. Rzut pniem – czyli tossing a caber – rozstrzygają na swoją korzyść Holendrzy.

35008397905_33f7bd605e_b

UfFFFfffFfoOOoo… Nikt nie traci reputacji, pomimo lekkiej politycznej zawieruchy oraz momentów niepewności i ostatecznie pomimo usilnych działań jednego Sprzedawczyka Rowerowych Klamotów z Anglii eklektyczny Przechodni Puchar Organizatorski ląduje w rękach założycieli Europejskiego Muzeum MTB w Arnhem. Wszystko dobre, co się dobrze kończy 😀

34844584182_5501ed51e8_z

[Kaziu]

Ponowny powrót pod Namiot – szranki, konkursy, wycieczki ku innym ekipom, wieczorne balangowanie choć z mniejszym rozmachem niż w piąteczek skutecznie usypia nas po jakże ciekawym dzionku…

 

Razem z Maciejasem i Dżejkobem konferujemy już spokojniej na stronie ponownie potwierdzając wcześniejsze ustalenia odnośnie roku 2019.

Dwa lata to sporo czasu ale też ogrom wyzwania czeka przed potencjalnymi organizatorami. Tym bardziej, że polska scena jednobiegowa jest w swoim oseskowym, bardzo początkowym stadium formowania się. No ale to jeden z tych tematów, który napewno będzie poruszany w Bydgoszczy na 2 Pikniku Jednobiegowym Singlova .

Najzabawniejszy zasię, w tej całej huśtawce nastrojów i dramatycznych zwrotów akcji, jest fakt, iż niczego nieświadomy Marecki przespał słodko całe zamieszanie w naszym Malutkim Kawałku Kraju-Raju w Hajlandach xD

Reszta wieczoru to standardowy program zamykający oficjalną część SSEC. Nagrody, fribisy, piwo, pasza i koncert lokalnej kapeli…

Z ciekawostek warto dodać, że zwycięzca tak w kategorii Female jak i Male został obdarowany wyjątkową nagrodą, w postaci pełno-funkcjonalnej repliki Wielkiego Miecza Szkockiego Claymore. Jeden zostaje na miejscu, gdyż lokalny szybkonogi dokopał na ostatnim okrążeniu faworyzowanym Angus’owi. Jednakowoż zwyciężczyni kategorii damskiej będzie miała cały worek radości przy wywożeniu z UK niemal 6-cio stopowego kawała stali, który po wyostrzeniu jest w stanie rozpłatać owcę wpół ]:-> Całebożeszczęście Orgowie zapowiedzieli pomoc w załatwieniu spraw celnych związanych z eksportem.

35008396705_0d873b8907_z

34844583502_83f7262017_z

Utulani do snu szumem drzew i porykiwaniami późnych imprezowiczów nastawialiśmy się na zamykającą cały rowerowy rozdział Szkockiej Pojazdki niedzielny bauns.

Poranek po nieco deszczowej nocy zastał nas pakujących graty oraz żegnających się z dawno i niedawno widzianymi znajomkami.

Kaziu z Bomblem odpalili jako pierwsi, gdyż do Brum jazda długa a chcieli jeszcze Nessie uścisnąć płetwę po drodze. Lokalna ekipa z Inverness także posprzątała po sobie i umknęła zostawiając nas samym-sobie.

[Kaziu]

Niedzielny poranek wita nas pochmurnie, wietrznie i chłodno, szybka decyzja o pakunku i sprzątnięciu terenu aby móc nawigować z powrotem ku Brumu. Mamy w planie obadać Loch Ness i kilka destylarni po drodze więc czas nagli. Nieco markotnie się żegnamy i opuszczamy miejsce wspólnego biwakowania, obiecując sobie powtórkę z rozrywki za rok, w Arnhem. Mam nadzieję ujrzeć nas jeszcze więcej, jeszcze głośniej, jeszcze weselej!

 

34844589282_d85f1fff22_z

Ostatecznie pomimo ponownego zainstalowania biegów – ku zgorszeniu nielicznych już pozostałych współ-SSEC-owiczów – z planowanych 70 kilometrów wypedałowaliśmy tylko niespełna połowę. Ubiegłe kilka dni dało się odczuć w giczach i pomimo entuzjazmu odpuściliśmy epicki przejazd, który mógłby zakończyć się przegięciem. Na plus pobyczyliśmy się w zaciszu cypelka nad Loch Pinkhouse (faktycznie Loch Glass), jak to Marecki ochrzcił z typową dla siebie swadą zbiornik nad, którym popasaliśmy.

34604969630_4fd710c8c0_z

34582165103_da9d5355ef_z

Wczesne popoludnie zastało nas na pakowaniu rowerów po raz ostatni do Viciaka. Opustoszałe obozowisko, porzucone Raleigh Shopper Bike i główny plac iwentowy robił raczej niesamowite wrażenie.

35391369985_a1f64579da_z

34582100993_a178b1d3dc_z

Do Glasgow dotarliśmy dopiero wieczorem i po szybkim zaklepaniu się w Euro Hostel’u przy samym Clyde wypełzliśmy na miasto w poszukiwaniu żeru.

34582091003_b4c01a4e02_z

Jakoże było już po 22 poprzestaliśmy na skondindont bardzo przyjemnym Fish’n’Chips i krótkiej przechadzce w kierunku Katedry. Do, której ostatecznie nie dotarliśmy, gdyż zalegliśmy w Dog House’ie znakomitego Brew Dog’a gdzie spokojnie i niehałaśliwie wznosiliśmy toasty za podróż, przygodę, teraźniejszość oraz przyszłość.

34582093143_45e3f79c69_z

35262203891_38019b5439_z

Ostatnim akordem wspólnej Szkockiej Wyprawy było serdeczne pożegnanie przed lotniskiem Glasgow-Paisley gdzie odstawiłem chłopaków w poniedziałkowy poranek.

Samotny powrót do South Yorkshire minął bez dramatów i niespodzianek.

SSEC 2017 Evanton, Novar Estate… Było, minęło, czas na podsumowania.

[Kaziu]

Dla dziewiczek ssinglowych – to nie jest impreza dla nadąsanych celebrytów tylko dla ludzi odnajdujących się w bałaganie socjalnym. Pomimo gorącej rywalizacji sportowej (hehe:) impreza trwała w najlepsze zasadniczo przez cały czas, gdy w sobotę przebudził mnie pęcherz około szóstej rano usłyszałem szanty i brzdęk szkła. Już czy jeszcze? Nieważne, było przyjacielsko, luzacko i kultowo. Polecam!!!

 

[Itr]

Komentarz, który pcha się na usta niczym paw narodów nie papuga.

Mianowicie co najważniejsze, a pominiete…

Dzięki okolicznościom forum rowerowego do Szkocji wybrały się trzy polskie osobniki. Na ziemi wyspiarzy trafilismy, my wspomniane indywidua, pod najtroskliwszą opiekę Ivana….

Jak prezesi banku światowego na lotnisku spotkaliśmy podstawioną, luksusową limuzynę. Wszystko od odbioru rowerów, przez zapakowanie busa, przygotowanie zapasów żywnościowych w tym pasterroryzowanych weków ze smakowitościami własnego wyrobu, i najpyszniejszego chleba własnego wypieku, wybranie każdego kilometra trasy, i wymoszczenie każdego łóżka w pensjonatach i hotelach zawdzięczamy człowiekowi orkiestrze, który zrobił to wszystko „a kapella”, za garść korali, i dla rowerowej hecy…

Wielki i poważny respekt, szacunek i wdzięczność. Ivan, Sebastianie Dziękujemy przez duże D. !!!!

 

Disclaimer [Ivan]

W żaden sposób nie przekupiłem Marka aby wystawił mi taką cenzurkę. Ba! Nawet nie raz i nie dwa zasłużyłem na strzał z liścia kiedy to iskrzyło niemiłosiernie. Tym bardziej wielkie dzięki za tak wysoką notę 🙂

 

I moich spostrzeżen garść lub dwie…

Po zeszłorocznym, niemal perfekcyjnym SSEC w Słoweńskim Kobarid poprzeczka została wywindowana tak wysoko, że niemal niepodobieństwem było zorganizowanie imprezy jeszcze lepiej. No chyba, że byłaby to w pełni sponsorowana iwenta, gdzie każdy uczesnik ma prawo do darmowego piwa i Rolexa Surly na dokładkę 😉

Życie to jednak nie ideał i kolizja z rzeczywistością niejednokrotnie powoduje dysonans poznawczy xD

Zatem, co kilciarzom wyszło, a na co lepiej spuścić zasłonę milczenia?

Całe SSEC w Evanton miało zdecydowanie niższy profil niż impreza w Kobarid czy Sant Gregori – moje ososbiste wzory do naśladowania. Dało się to zauważyć tak w ogólnym zorganizowaniu jak i liczbie uczestników, która wyglądała na nieco mniejszą niż zwykle.

Osobiście uważam, że do największych plusów tej prywatki należy zaliczyć spektakularne okoliczności przyrody, bardzo dobre przygotowanie i oznaczenie trasy Wyścigu Miszczoskiego, zabezpieczenie ogromniastego namiotu głównego w którym odbywały się dekoracje i formalna część imprezy w trakcie deszczu (… it’s Scotland after all, what you expect, mate…), podkreślenie narodowego i lokalnego aspektu wydarzenia (Pipe Band, lokalny browar, fanty z lokalnych destylarni, odwołanie do folkloru miejscowospecyficznego) oraz bardzo sprawny zespół grający na żywo.

Na negatywnym spektrum tego podsumowania napewno musi się znaleźć kwestia logistyczna i biwakowa. Brak formalnie zorganizowane, komunalnego miejsca namiotowo-kempingowego oraz bardzo podstawowe warunki sanitarne najdobitniej dały znać o tym, że fajna miejscówka to również zaplecze, kible, prysznice itp… Oddać należy Orgom, że dbali o to żeby tojtojki były ciągle w stanie operacyjnym. Koleny minus to kwestia zorganizowania czasu i atrakcji po wyścigu głównym. Jedna budka z wyszynkiem, której przyszło obsłużyć jakieś 200 gąb, powodowała długaśne kolejki i obsuwę w ogólnym, ramowym planie dnia. Dodatkowo odniosłem wrażenie, że po zamknieciu trasy z Orgów nieco jakby zeszło powietrze, zadali sobie nieco zbyt dużo luzu i pozwolili reszcie popołudnia/wieczoru  toczyć się naturalnie i bez odgórnego planu. Po sprzężeniu tego faktu z załamaniem pogody nagle nie zostało zupełnie czasu na tradycyjny rzut rowerem, jakieś konkurencje ogólnodostępne czy też niejednostopniowy proces wyłaniania gospodarza SSEC w roku 2018. Pomijam cały aspekt polityczny tego ostatniego procesu, gdyż zdążyłem się do niego już przyzwyczaić i poprostu akceptuję jako nierozłączną część składową. Również szkoda, że nie odbył się tradycyjny najtrajd w piątkowy wieczór.

To tylko pozwala przychylić się do wniosku, że podjęte pod wpływem nadmiaru procentów decyzje przeważnie nie są specjalnie trafne, a ich reperkusje potrafią powrócic czkawką 12 miesięcy później xD

Czy było jednak tak beznadziejnie, że tylko pożoga, płacz i zgrzytanie zębów? Zdecydowanie nie. Pomimo spartańskich warunków, niedociągnieć organizacyjnych i zdecydowanie niskiego profilu nie podobna zakwalifikować SSEC 2017 do kategorii tragicznych wydażeń.

Ostatecznie o jakości imprezy świadczą ludzie, którzy w niej biorą udział. A ci byli jak zwykle na medal. Reszta to ułatwiające życie dodatki xD

Na marginesie wartop dodać, iż również tu i ówdzie podnosiły się głosy, jakoby trasa była zbyt wymagająca pod względem fizycznym – te cholerne podjazdy, lub raczej podejścia xD. Nie ukrywam, że byłą wredna i kąsająca, ale pozwoliło to tym, którzy przyjechali do Evanton prawdziwie się ścigać pokazać swoje silne strony.

Pozwolę sobie odpuścić tradycyjne już tutaj zestawienie kosztów, jakoże nasz wyjazd był 6-cio dniowym rołdtripem a nie wypadem na SSEC tylko. W tym miejscu klawiatura w ręce Kazia.

[Kaziu]

Podsumowując: zamknęliśmy się z Bamem w 150 łabędziach na głowicę – bilet, transport a na miejscu atrakcje. Wjazd na imprezę – £52, wacha do auta – £70 (1000 kilo). Żarcie w połowie pochodziło z własnego przemytu, w połowie z lokalnej budki z burgerami, do tego dochodzą złociste w ilości około dwunastu (część z kija, część ze sklepu) oraz flaszka. Priorytety, hę? Kostium nie został wliczony w cenę. 

 

Garść linkaczy na dokładkę:

Poskładany przez Maciejasa w oparciu o rozmaite foty wszystkich uczestników Rołdtripa i SSEC albóóm: Scottish Roadtrip and SSEC 2017 Evanton, Nover Estate

Oficjalna strona SSEC 2017SSEC 2017 Evanton

Oficjalny fanpejdż na fejsbuniu: SSEC 2017 FB (szczególnie warta polecenia sekcja fotograficzno-multimedialna)

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Roadtrip, SSEC 2017 i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Szkocka Przygoda z SSEC 2017 Evanton w tle – relacja własna by Wspólny Wysiłek Produkszyn.

  1. Pingback: Nauka Pływania czyli Singlova 2017 (II Piknik Jednobiegowy w Polsce 23-25.06.17) | Krzywe Koło

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s