JPJ czyli Jurajski Piknik Jednobiegowy 18-19.06.16 – relacja własna

Jak się zwykło mawiać, prowizorka trzyma najdłużej, a imprezy organizowane na kolanie i bez długotrwałych podchodów jak Karol do Fanny Hill udają się najbardziej.

Na fali nieco spalonej i zbyt mocarstwowej idei SSEC 2017, tak samo zbyt rozbuchanej i stłumionej w zarodku pomysły na PLuSSa, przywołany do porządku kilku prostymi, żołnierskimi słowami od Yarreckiego wykonałem 3 kroki do tyłu i dziabnąłem się placem wskazującym w czoło.

Scena jednobiegawcza w Kraju-Raju nie występuję. Owszem jest kilku wolnych elektronów, ale są oni głęboko zakamuflowani i objawiają się tylko okazjonalnie.  Jeśli już cokolwiek się dzieje, to przeważnie w departamencie dojazdowym lub ewentualnie ostrokołowo-hipsteriadowym. Nikt chyba nie pokusił się o uderzenie do Organizatorów najpopularniejszych imprez XC lub XCM z prośba o ustanowienie osobnej, jednobiegowej klasyfikacji – jak to na ten przykład ma miejsce w Holandii lub JuKejowie.

Czyli wracamy do deski kreślarskiej i tak „ulubionej” w Kraju-nad-Wisłą pracy u podstaw i pozystywistycznych podchodów.

Kątem oka, na granicy percepcji, całkiem przypadkiem doczytałem, iż niejaki Rysz, będąc okazjonalnie odtajniającym się singlem, ma objeżdżony wszerz i wzdłuż pokaźny wycinek Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

To dało prompt do knucia i poskładania jakiegoś punktu startowego.

Na przełomie marca i kwietnia, po wymianie kilku emalii wespól-w-zespól uruchomilismy zajawkowy temat na FR w celu zbadania zapotrzebowania rynku 😉

… no i okazało się, że jest pewne parcie na takowy bauns

Po szybkim wyjaśnieniu sobie kwestii, że jednobiegowość jest warunkiem dopuszczającym do imprezy, Komitet Organizacyjny zaczął sugerować daty, miejscówki popasu oraz ramowy program.

Koniec-konców stanęło na Zawierciu i agro „Magdalenka” jako bazie oraz terminie 18-19 czerwca.

Fast forward 2 mieszki, podkręcony Słoweńską Peregrynacją Jednobiegawczą , wyszarpnąwszy dodatkowe 4 dni wolnego pakowałem klamoty i literalnie leciałem do Kraju-Raju…

Oczywiście nie odbyło się bez kilku „naostatniąchwilów” i momentów „sercewgardle” gdy okazało się, że nie możemy znaleźć firmy, która na czas wydrukuje koszulki, oraz, że moja przesyłka z cieżkimi i również niemoimi gratami utknęła na niemal tydzień w pierwszym depocie sortowniczym jeszcze w JuKeju. Jednakowoż, jak się okazuje Bóg też jest cyklistą i wszelkie przeciwności zostały przezwyciężone.

Do Doncaster OK, na lotnisku duuużo przed czasem, psiakrewka samolot 40 minut opóźniony, drynda na Vitavę, przykładam się do poduszki na 4 godzinki aby w piątkowy poranek dokonać paniczno-pośpiesznego dopakowywania Romka i przetransferować się na Gdynię Główną. Oczywiście, żeby było weselej niebiosa postanowiły nieco popłakać, żeby nie powiedzieć, iż lało jak skur… i w 15-20 minut zjazdu do Śródmieścia przemokłem do gaci :-/ Pierwszy pozytyw, IC „Chemik” podstawiono na czas a tam (jak miło 😀 ) specjalny przedział z hakami na rowery.

27241170434_a16079d0b2_z

Oczywiście, żeby nie było za różowo dzięki dmuchającej jak szalona klimie jako-tako obsechłem dopiero gdzieś na wysokości Łodzi. Szczęśliwie gdzieś tak od Bydzi zaczęło się przecierać a słońce coraz śmielej sobie poczynało. 4 sikundy, ¾ flaszki wody, kanapkę z kurczakiem i 2 herbaty dalej wywalałem cały swój dobytek na stacji w Zawierciu i próbowałem nawigować w kierunku bazy w „Magdalence”.

27777398871_cc11be7270_z

Niespiesznie i nie do końca w/g pierwotnego planu udało mi się dotrzeć w bezpośrednie okolice naszej bazy. Tam, niemal przed samą brama wjazdową natknąłem się na Majka i Zukiego, którzy takoż samo jak ja właśnie dotrali na miejsce, z tym, że z kierunku przeciwnego.

Na miejscu, pod okwieconym rododendronem wywczasu zażywali już Rysz, Itr, Paweł czyli IBNZ i Adam znany również jako akkwlsk.

27241169584_847b835721_z

Dokonawszy zatem mniej i bardziej formalnych przywitań i prezentacji dołaczyliśmy do ekipy raczącej się trunkami rozmaitemi. Również kożystajac z okazji przekazałem Itrowi jego szmugiel rowerowych klamotów. Pogaduchy i knsumpcja przeciągają się do zmierzchu kiedy to Rysz połamany Męską Grypą (Man Flu) odmawia współpracy w temacie najtrajda. Mając pod rozwagą fakt, iż to on własnie ma być głównym nawigatorem przez dwa kolejne dni pozwalamy mu roztropnie udać się w zacisze sypialni gdzie pokrzepiony Jurajskim Porterem Bałtyckim i nafaszerowany prochami jak bożonarodzeniowy indyk kaszą ma złapać jak najwiecej kondycji przed łykendowym ciśnieciem.

 

Tutaj mała dygresja. Dla mojej niewyrobionej piwnie percepcji sformułowanie Jurajski Porter Baltycki brzmi conajmniej tak samo abstarkcyjnie jak 1 Batalion Kaszubskich Strzelców Alpejskich xD

 

Zostawieni samym-sobie postanawiamy nie odpuszczać i udajemy się na lajcikową pojazdke do niedalekiego (niecałe 4 kilo) Ogrodzieńca. Iluminowane ruiny zamku prezentuję sie fantastycznie. Oczywiście trzeba być patentowaną, dziurawą pochwą na kaczych nogach aby nie zabrać ze sobą fotopstryka. Brawo Panie I. Dlatego zdjęcia ukradzione od innych 😀

p_20160617_223038-001

by Zuki

Wdrapujemy się na mury, co w espedecznych paputkach jest w nocy niejakim wyzwaniem, robimy garść fotek i bez start własnych wracamy na ziemię. Potem szybkie dwa kółka dookoła zamku, nocne dywagacje na temat stanu polskiej sceny jednobiegawczej i statecznie kulamy się spowrotem do „Magadalenki”.

Etat był charoszyj dień xD

Późną zasię nocką dotarli do bazy Yarr i Monika czyli Mariola.

 

Sobotnia pobódka, śniadanko, jak najszybsze zmiękczenie biegu w Romanie i udajemy się na wypad po okolicy. Pogoda rozpieszcza, słońce smarzy jak szalone i jedynym (natenczas) problem jest kwestia czy zabraliśmy ze soba dodatecznie dużo wody…

Całym, 9-cio sztukowym rojem, pod przywództwem Rysza i Pawła wytoczyliśmy się z bazy w „Magdalence” koło 10 rano.

27777400361_4abf1de5a3_z

Asfaltem, polami, szutrami parliśmy w kierunku Karlina. W tamtejszym lasku dostaliśmy pierwszy przedsmak wyzwań i przyjemnostek jakie będą czekać na nas przez resztę dnia. Po wyłapaniu czerwonego szlaku pieszego dość rozciagniętą już kolumną nawigowaliśmy w kierunku Okiennika Wielkiego. Tam też, w czasie krótkiego popasu Majk, Zuki, Mariola i Yarr zdecydowali, odłaczyć się od przewodników aby dalej eksplorować okolicę w bardziej zrelaksowanym tempie.

27241289113_b011a08442_z

Wyposażeni w mapę i worek sugestii od przewodnika pomachali na pożegnanie ekipie wyścigowej, która w składzie Rysz, Paweł, Itr, Adam i moi kontynuowała wyzwanie. Poprzez Morsko dotarliśmy na Górę Zborów gdzie pomimo nadciagajacej Stonki Turystycznej posiedzielismy chwilkę, zrobiliśmy garść fociszonów i popedałowalismy dalej w kierunku Bobolic.

27777393361_6dec93ac0e_z

Stamtąd chytrym manewrem północnym przez skałki wyjechaliśmy na spektakularne ruiny zamku w Mirowie. Ponieważ w bukłakach i bidonach zaczynało już być niebezpiecznie lekko a i czczość okolic żoładkowych dawała się we znaki przycumowaliśmy w jednej z lokalnych żarłoczni. Anegdotycznym stało się wtedy moje niespecjalnie jasne zamówienie naleśników gdzie zamiast 2 porcji otrzymałem 4. Szczęśliwie Paweł dzielnie pomógł mi rozprawić się z nadprogramowym talerzem. Po udanym spożyciu, gnani lekkim podmuchem eksploracyjnej fantazji, zostawiwszy wąskokichowców w cieniu mirowskich skałek podskoczyliśmy kawałek wzdłuż szosy do Niegowa aby obadać pod względem przydatności do zrobienia czegoś głupiego i niebezpiecznego znajdujące się niedaleczko w lesie skałki. Swąd palonych klockóch hamulcowych, zadki przytarte tylną oponą oraz wielkie banany na gębie świadczyły o udanej, adrenalinowej pompie.

Bez uszczerbku na zdrowiu zawróciliśmy do Mirowa aby podjąć kolegów przełajowców, którzy nota-bene ledwie zdążyli się rozsiąść. Aby nie wyjść na gburów dołaczyliśmy do nich rozkoszując się epicką panoramą Mirowa na tle błękitnego nieba.

27919287161_15c42f68c1_z

by Paweł

W tym momencie, będąc w najdalszym punkcie od naszej bazy rozpoczęliśmy mozolny powrót do Zawiercia.

Ponownie przez Bobolice, gdzie Rysz dał świetny pokaz jazdy po polerowanej kredzie –

nonszalancja z jaką to uczynił pozwala przypuszczać, iż nie był to pierwszy raz xD – nawigowaliśmy ponownie czerwonym szlakiem w kierunku Skał Rzędkowickich, przez Hucisko, same Skałki, ponownie przez Morsko i Okiennik finalnie zaczęliśmy już widzieć przysłowiowy dym z komina „Magdalenki”. Majk i Zuki byli już w pobliżu a Mariola z Yarrem niemal skrobali nam pięty na ostatniej prostej.

Gastronomicznym clou wieczoru były niewątpliwie pieczonki sprawnie rozdysponowane między wszystkich uczestników naszego mini-zlotu przez Panią Gospodynię.

27853557645_f685061aac_z

Jakoże wszyscy byli w jednym miejscu i w tym samym czasie, rozdysponowałem przemycone ostatniej nocy przez Grupę Poznańską okolicznościowe koszulki. Nie zabrakło oczywiście nadprogramowej sztuki dla Gospodyni.

27777378541_51c7cd081e_z

 

Reszta wieczoru upłynęła na siłowaniu się z oporna materia rowerów – czytaj serwis polowy – dyskusjach, spożyciu i generalnym toczeniu beki. Jedyny zgrzyt to fakt, iż nie udało nam się rozpalić ogniska, pomimo fachowych porad i nadzoru samego Itra. Dobrze po północy cisza i spokój zapadły nad „Magdalenką”

 

Niedzielny poranek, w zwiazku z planami powrotnymi niektórych rozpoczął się godzine wcześniej niż to Niedzielnemu Porankowi przystoi w jego najbardziej ekstrawaganckiej odłonie xD

Majk i Zuki zapakowawszy swoje wielkie sakwy zaatakowali powrotną drogę do Rzeszowa singlowo i pod wiatr. Epickie chłopaki 😀 Grupa Poznań także postanowiła zwinać żagle i honor objazdu drugiej traski spadł na barki wąskokiszkowców i moje – przewodników nie licząc.

Rozpoczęliśmy znanym już nam z piątkowej nocy asfaltowym skrótem do Ogrodzieńca. Tam za zamkiem wbiliśmy na czerwony szlak, który tak kusił w czasie najtrajda. I jak się okazało byłby to strzał w dziesiatkę, choć oczywiście zrobienie sytego singla w nocy, bez wcześniejszego, dziennego objazdu przynajmniej w kilku miejscach mooocno poluźniłoby mi zwieracze.

Następnie lekko improwizując szlak niebieski dojechaliśmy do zamku Smoleń gdzie nie podarowaliśmy sobie podziwiania okolicy z murów. Kilka fotek i napieramy dalej.

27575652770_b194e6851c_z

Zjeżdżamy Dolina Wodącej, wzdłuż Zegrowych Skał i zatrzymujęmy się na popas przy jaskiniach. Pogoda znowu dopisuje, lazur, smażalnia i tesprawy… Przejazd przez suche jak pieprz i pełne atakujących drapieżnie alergenów pola to materiał na osobny dreszczowiec, jednakowoż popychając przełajowców na skraj załamania nerwowego ilościa kopnego piasku na szlaku docieramy na Grodzisko Pańskie gdzie strzelamy sobie selfikową fotkę w cieniu skalnego przełazu.

27241270753_79e652b917_z

Dzisiejsza trasa jest mniej wyeksponowana ale za to powala leśnymi singlami, zjazdami i wąwozami.

by Paweł

Tniemy czerwonym i czarnym szlakiem do Gór Bydlińskich po czym szusujemy asfaltem do Krzywopłotów w nadzieji odświeżenia zapasów wody. Niestety sklep dopiero od 11:30, czyli mamy prawie 40 minut czekania.

Itr decyduje, że na niego czas. Obawia się, że jadąc dalej z nami nie zdąży wrócić do Zawiercia, zapakować swoich klamotów i złapać pociągu. Rysz sugeruje najszybszy dla niego skrót posiłkując się mapą. W międzyczasie pomocny i tylko nieco żulikowaty lokals, którego musi suszyć równie mocno jak nas sugeruje, iż możemy udać się do niedalekiego Załęża gdzie sklep napewno jest otwarty. Dodatkowo chytrze zapytuje, czy nie poratowalibyśmy go w ugaszeniu pragnienia dwoma Żubrami. „Tutaj panowie, dyszka, jak będziecie wracać do skrzyżowania odbiorę od was towar..? Hę?” Czemu nie… W końcu Pismo uczy, sprawnionych napoić. Nieprecyzuje jednak przy tym jak szybko należy to zrobić. Dość powiedzieć, że nasz niby 5-cio minutowy wypad zakończył sie pół godzinnym popasem w Załężu. Gdy wracamy do skrzyżowania po miejscowym nie ma ani śladu. Kręcimy się chwilę w okolicy teraz otwartego już sklepu, ale nie widzimy nikogo choćby minimalnie znajomego. Coż… Misja „Żubr” kończy się niepowodzeniem. Nie zupełnie jednakoż. Przy kolejnym skrzyżowaniu spotykamy innego autochtona, tym razem handlujacego jagodami. Przyjmuje dwie, jeszcze zimne flaszki z uśmiechem jaki widuje się na twarzach 5-cio latków w Wigilijny Wieczór xD

Tutaj ponownie nasz grupa uszczupla się. Adam decyduje, że jego nogi maja już dość. Będzie czekał na nas w Ogrodzieńcu dokąd planujemy tak-czy-siak wrócić i razem spożyć jakiś obiad.

27777360711_c97ac1277a_z

Rozpoczynamy najbardziej eksploracyjną część pojazdki, czyli atak na Ruskie Góry. Szlak szybko zamienia się w coraz mniej wyraźna ścieżkę, aby wkrótce zniknąć zupełnie. Podchodzimy na czuja i GPS w gęstym, sosnowym, młodym lesie. W końcu utykamy na jakiejś polanie otoczonej chaszczami i sięgającymi naszych piersi trawskami, paprociami i pokrzywami. Zdychajacy GPS coś tam niby pokazuje, ale w terenie nie wyglada to ani trochę. Wypuszczam się na pieszy zwiad. Po przedarciu się przez 3 mury krzunów pasuję i zawracam. Ruskie Góry nie tym razem… Ześlizgujemy się na przełaj trawersem. Ryszowi udaje się nawet zaparkować w jakiejś suchej, bezigłowej sosence. Spróchniały pień nie wytrzymuje i jest 1:0 dla Rysza Ędóro, panie jak smok xD

27853542955_ffdd341222_z

W końcu docieramy do piaszczystej drogi leśnej i kierujemy się ku otwartej przestrzeni. Między polami nawigujemy na Ryczów. A Ruskie Góry? Są… Pokazując nam kpiąco środkowy palec. To jeszcze nie koniec… Kiedyś tu wrócimy…

27752051592_b139bf2caa_z

Z Ryczowa krótki dojazd asfaltem do Żelazka, odsapujemy trochę w przystankowej wiacie i zbieramy się do kolejnego, wąwozowego leśnego zjazdu. Tym razem do Ryczówka.

Szlak jest mocno wyrzeźbiony przez deszczówkę, miejscami poprzerastany korzeniami, które tworzą uskoki i dropy. Sporo sekcji off camber. Jest MOC ]:-> Podążam za umykającym mi Ryszem aż do rozwidlenia szlaków gdzie zatrzymujemy się czekając na Pawła. Rysz nawet sprawdza jedna z odnóg szlaku czy da się jej użyć jako kolejnego ekscytujacego zjazdu. Wtem daje się z góry zjadu szłyszeć mrożący krew w żyłach krzyk Pawła. Z przekleństwem na ustach wskakujemy na rowery i napieramy spowrotem pod górę. Jest! Leży na środku szlaku i nie bardzo się rusza. No to ładny pasztet na niemal sam koniec. Wygląda na to, że zalatwił sobie na cacy lewy obojczyk. Całe szczęście, że jest tu jakiś zasięg. Mój pół-głupi telefon pozwala skontaktować się z pogotowiem. Rysz referuje sprawę i zgłasza wypadek. Dyspozytorka pyta czy jesteśmy w stanie sami dostarczyć Pawła do szpitala. Wolne żarty… Narazie jesteśmy w lesie, dobre 20 minut marszu od najbliższej cywilizacji…

Robimy Pawłowi temblak, Rysz zbiera jego rower i pomału schodzą do Ryczówka. Ja temczasem wskakuje na Romka i napieram aby jak najszybciej ustalić gdzie dyspozytorka ma wysłać karetkę. W Ryczówku udaje mi się dogadac z GOPR-em i pogotowiem. Goprowcy sa już w drodze i będą w stanie udzielić pomocy Pawłowi jak tylko do nas dojadą. Rysz i Paweł docierają całkiem szybko do mnie, umieszczamy połamańca pod drzewem i kontynuujemy dzwonienie i odbieranie rozmów z pogotowia, GOPR-u i 112. Rysz łapie również Adama i prosi go o powrót do „Magdalenki” i jak najszybsze podjechanie do Ryczówka. W miedzyczasie docierają GOPR-owcy, potwierdzają przypuszczenie rozwalenia obojczyka, wsadzają go w szyne i sugeruja aby upierać się przy transporcie karetką. Połamańców z karetek odrazu przyjmuja na izbe przyjęć, tych dowiezionych prywatnym transportem przeważnie czeka czekanie…

Kilka minut po GOPR-owcach dojeżdża Adam a zaraz za nim karetka. Paweł zostaje wsadzony do ambulansu i odwieziony do szpitala w Olkuszu.

27752050412_6f1abd9e51_c

My tymczasem ładujemy się do adamowej landary i śmigamy do Zawiercia.

Pośpiesznie pakujemy rowery Pawła i Rysza do jego samochodu, gdy ten ostatni zgarnia wszystkie swoje i Pawła klamoty. Gdzie są kluczyki, gdzie są kur… kluczyki!!! Przetrząsam ponownie ryszowy pokój zaglądając nawet do śmietnika – ale tylko z góry. Zdesperowany Rysz robi finałowy kipisz i tym razem wyciąga worek z kosza. Są!!! Szybkie pożegnanie, mocne uściski dłoni i przy akompaniamencie lekkiego deszczu Rysz pruje do Olkusza. Ciśnienie opada… Niespiesznie doprowadzamy się z Adamem do stanu używalności i jedziemy do Zawiercia w końcu coś wciągnąć. Zupełnie przypadkiem trafiamy do bardzo miłej pizzerni gdzie rozkosznie wypełniamy żoładki ucinając sobie pogawędkę na tematy nietylko rowerowe. Przed wieczorem wracamy do „Magdalenki”, Adam rusza do domu a ja zostaję sam „nakwadracie” aby w poniedziałkowy poranek „zgasić światło”. Pakuję wszystkie niepotrzebne klamoty i staram się troche pospać, co biorąc pod uwage emocje i wydażenia ostatnich 2 dni nie jest wcale takie proste. Szczęście tym razem mnie nie opuszcza gdyż całonocna ulewa kończy się na 15 minut przed moim wyjazdem z „Magdalenki”. Żegnam się z lakko rozespanym synem Gospodyni i bez ciśnienia toczę się na dworzec w Zawierciu.

27777358781_6b066b6798_z

IC „Stocznowiec” ponownie zaskakuje pozytywnie wygodnymi siedzeniami, hakami na rowery i miłą panią z wózkiem cattering’owym.

Po drodze dowiaduję się od Rysza, że Paweł już jest w szpitalu w Katowicach, pod okiem zaufanego ortopedała i że ma już zaplanowana operację zdrutowania obojczyka. Całebożeszczęście…

 

Następne półtora dnia to nieudane odwiedziny u mojego Brata (młody własnie dostał szkarlatyny), nieoczekiwany wieczorny tour po Gdyni ze Skwarkiem, pakowanie się, odstawianie Romka w miejsce zimowania i wyprawa na Rębiechowo. Samolot znowu spóźniony a ja jutro o 8:30 musze być w tyrze… Kociokwik pełną gebą xD

 

Zatem JPJ przeszedł do historii… Jakieś podsumowanie?

Co się udało i/lub wyszło:

  1. Jura to wspaniałe miejsce, szczegołnie z kimś tak komfortowo się na niej czującym jak Rysz.
  2. Logistyka, trasy, miejscówka i „zamówiono” pogoda na piatkę. Ponownie chapeau Rysz.
  3. Wyglada, że zapylona została idea polskiej sceny jednobiegawczej, szczególnie z głośnymi pomrukami aprobaty i planami na przyszłość.
  4. Szybkość z jaką udało się podopinać tyle rzeczy (impreze, logistyke, miejscówke, koszulki, naklejki) .

Co się nie udało i/lub nie wyszło:

  1. Oczywiście każdy piszacy się na taki bauns zdaje sobie sprawe, że latkoniebedzie, ale idea dwóch przewodników i dwóch tras – ambitniejszej i bardziej wycieczkowej – to nielichy pomysł. Oczywiście może się okazać, iż trudny do ogarnięcia ale niewatpliwie warty rozważenia w przyszłości.
  2. Brak ogniska w sobotni wieczór. Było poprostu łyso. Niedogadane, czy niedopilnowane… Niebyło i było przez to słabiej.
  3. Impreza nie spenetrowała głebiej „rynku” i nie wyłowiła nowych twarzy. Może to świadczyć o słabej propagandzie lub faktycznie mikrej ilości ludzi praktykujacych tę konkretna niszę kolarstwa górskiego…

Na sam koniec galerie zdjęć uczestników JPJ-a:

Adam: JPJ by Adam

Itr: JPJ by Itr

Zuki: JPJ by Zuki

Paweł: JPJ by Paweł

oraz moja kompletna galeria, Ivan: JPJ Zawiercie 18-19.06.2016

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii JPJ i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „JPJ czyli Jurajski Piknik Jednobiegowy 18-19.06.16 – relacja własna

  1. Pingback: Jednobiegowe Historie – część 1 | Krzywe Koło

  2. Pingback: Jednobiegowe historie – część 3 (Rysz) | Krzywe Koło

  3. Pingback: Jednobiegowe historie – część 4 (Majk) | Krzywe Koło

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s