Rakija, wysokie obcasy i muzyka SKA, czyli SSEC 2016 Kobarid, Słowenia.

Polityczne, zakulisowe rozgrywki i układy przy przysłowiowym „zielonym stoliku” o ile wyjdą na jaw mają tę przewagę nad NIEWIADOMYM, że … serwują na talerku, wraz z przystawkami już zdefiniowany towar.

Takoż też było po bardzo mylącym i pozostawiąjacym antyklimaktyczny niesmak za siekaczami finale SSEC 2014 w Castlewellan, w Irlandowie Północnym. 2015 Sycylia, 2016 Słowenia. Prosto, łatwo i przyjemnie 🙂

2 lata szybkiego przewijania do przodu i przebierajac nogami z niecierpliwości oraz podniecenia pakowałem swoje bambetle do Sztrucla aby stawić się na miejsce startowe najbardziej wyczekiwanego w roku bieżącym rołdtripa.

26725193114_006c09ae1c_z

3 vany pod niebiesko-czarna flaga GT Riders (Godiva Trailriders) rozpoczęły ponad 1100 milową Peregrynację Bałkańską w pogodny, środowy wieczór. Pierwszy, krótki, lokalny skok do Harwitch w celu złapania promu do Holandii był tylko przygrywką przed póltoradniowym trawersem przez cały niemal kontynent.

26725166034_45b35db5f6_z

Tegoroczny SSEC miał dla mnie szczególny wydźwięk. Po pierwsze, wyskoczywszy nieco przed orkiestrę, zacząłem w przypływie Mocarstwowych Ambicji czynić pewne uwagi, na temat organizacji imprezy w roku 2017 w Kraju-Raju. Dopiero kilka mocnych i przywracających równowage słów od Brodatego Trolla Yarreckiego pozwoliło ogarnąć powagę sytuacji i fakt, że porywannie się z motyką na słońce to nie jest najlepszy plan. Po drugie zasię, w końcu realnym stała się perspektywa rozszerzenia Miszczoskiego Doświdczenia na innych Braci (i Siostry) po Korbie, tak aby pierwszoręcznie i własnoocznie zobaczyli o co ten Iwanicki co jakiś czas robi tyle szumu…

Wesoły Busik, przy wtórze najbardziej popapranej plejlisty w tej części Europy, która musiała pogodzić miłość do Progrock’a, Hip-Hop’u, klasycznego Brit-Pop’u, Metalu i Folku, unosił nas w kierunku Monachium, w którym przewidywany był popas we-pół-drogi. Wprzódy jednak szybki objazd przez Belgię w celu pobrania odpowiedniej ilości „paliwa”. Na miejscu, w Stolicy Oktoberfest’u, miał do ekipy dołaczyć 4 van. Bo co 3 vany to ekipa a co 4 to już konwój.

27057270160_412566ed13_z

Pogoda jako żywo przypominała kataloński bauns z 2013 roku. Mokro, powietrznie i tylko marginalnie cieplej. Ani trochę nie wyglądało to na przed ostatni weekend maja :-/

Wraz z opuszczeniem Bawarii zaczęliśmy nabierać wysokości w celu przesoku przez Alpy. Pogoda nadal nie pieściła ale za to widoki przynajmniej kompensowały tę niedogodność. Nagle fakt zapomnienia przeze mnie jakichkolwiek łachów na mokre zaczął nabierać bardziej dramatycznego wydźwięku. Raz kozie śmierć… Szajsbukowe raporty od tych, którzy już dotarli do Kobarid również nie napełniały otuchą wraz z meldunkami o oberwaniu chmury jakie miało miejsce we czwartek. Może jednak należało zabrać kajaki zamiast rowerów?

27299011646_485e1d0c40_z

Jednak, jak nie po raz już pierwszy, okazało się, że Bóg też jest cyklistą 🙂 Niemal natychmiast po wyskoczeniu z tunelu po austriackiej stronie Alp słońce śmiało zaczęło przebijać się przez bure kołtuny chmur, poprawiło podczas miniaturowego przejazdu przez kawałek Włoch i na koniec, podczas spektakularnej wspinaczki i zjazdu po 50-ciu agrafkach przez Ruską Kapelicę przywaliło z pełną mocą. Słowiańska gościnność w końcu zobowiazuje…

27235111872_a80b062cbf_z

Tutaj maleńka, choć niezupełna, dygresja. Znacie to uczucie, kiedy przeglądacie ociekąjace hadeerem zdjęcia lub zachwyca Was turystyczny folder. Aż się gałki pocą i nie pomoże tu nawet oczukąpiel… Potem przybywacie w Magiczne Miejsce i jest nielicho, ale pozostaje niedosyt i pewna doza rozczarowania, że Nie-Tak-Miało-Wyglądać. Ma to-to nawet swoje zaszczytne miejsce w katalogu Problemów Pierwszego Świata i nazywa się Syndromem Paryskim (Syndrom Paryski). Jednakowoż, w Słowenii, z czystym sumieniem, można mówić o odwrotnym ekhem… kłopocie. Krajobrazy tak mocno i brutalnie łapią za mosznę, że nawet najwięksi twardziele nie mają siły pisnąć z zachwytu.

Podjarani jak nastolatkowie przed pierwszą rozbierana randką dotarliśmy w końcu do przecudnie położonego Kobarid. Pierwsze uściski, powitania, uśmiechy od dawno i nie-tak-dawno niewidzianych znajomych z całego świata.

Lekko zakręceni pałętamy się po centralnym placu Kobarid tylko po to aby w końcu udać się do informacji turystycznej, która jednocześnie jest punktem rejestracyjnym.

27234976122_ff0eb8c872_z

Tam dowiadujemy się, że niestety ominęło nas okraszone serem i piwem zwiedzanie kobaridzkiego muzeum I Wojny Światowej, oraz, że najprawdopodobniej jesteśmy jednymi z ostatnich, którym przyjdzie zarejstrować się w miasteczku a nie na kempingu. Odbieramy torby ze wszelakim dobrem,  wywiadujemy się jak dotrzeć do obozowiska i śmigamy rozbić namioty oraz przywitać się z resztą uczestników. Camp Rut powala na przysłowiowe cyce panoramą gór w nieodległej perspektywie. „Obrzydliwe miejsce…” – stwierdzają jednogłośnie wszyscy z błyszczącymi oczami i śliną kapiąca z rozdziawionych paszczy.

26724837324_57a648b18b_z

Organizatorski tandem Urszuli i Danijela nie daje nam specjalnie dużo wytchnienia i rychło ogłasza pierwszą, zapoznawczą rajdę. Niedługa traska do rzeki i spowrotem, nie pozostawia watpliwości. Pogoda w przeciągu ostatnich dni musiała dać się lokalsom nieźle we znaki. Z konwersacj z nimi wynika, iż w czwartkowy dzionek musięli naprawdę mocno zewrzeć szeregi aby ratować masakrycznie rozmywaną, Miszczoską trasę.

27056926110_e4aeb6ca7c_z

Zapoznani ze strukturą kobaridzkiego błota, kamlotów i singli wracamy do obozowiska na żer. Na miejscu niespodziewanka. Brodaty Troll Yarr, był-przydył swoim Niesławnym Kartonem wespół-w-zespół z Małżowiną znaną pod dwojgiem imion jako Mariola/Monika. Ściski, powitalne misiaczki, okrzyki i takietam xD Do całej radości dochodzi fakt, że zupełnym chyłkiem i znienacka dołacza do nas Koval, który przebijał się z Triestu samochodem. Pokrzepiony widokiem znajomych gęb doprowadzam się szybko do stanu używalności – przez ostatnie pół godziny latam po obozowisku tylko w ubłoconych szortach i raczej ekhem… woniejącej menszczyznowością potówce – i całą ekipą nawiazujemy pierwszy kontakt z lokalnymi specjałami kulinarnymi. Osobiście jestem zupełnie zaczarowany opiekanym serem. Moje kubki smakowe przeżywają swoisty orgazm organoleptyczny xD

Gdy wszyscy maja już rozkosznie powypychane żoładki, Orgowie ogłaszają pierwszą rundę walki o honor organizacji SSEC w 2017 roku. Pomijąjac fakt, iż kilku lekko podochoconych Yam-Yam’ów zaczyna skandować „Poland, Poland” co dość szybko uciszam wymownym, dwupalczastym gestem, oraz przez bardzo krótka chwilę przedstawiciele Izraela zdają się być również zainteresowani udziałem we współzawodnictwie, na placu boju pozostaja ekipy Niemiec i Szkocji. Krótka narada w swojskim gronie i … (co może się zdawać nieco kontrowersyjne) postanawiamy popierać naszych sąsiadów zza Odry. Względy praktyczne przewyższają historyczne zaszłości. W końu to bliżej, taniej i wygodniej wybrać się do Germanii niż do Szkotlandu. Zbyt zajęci ciągłym gaduleniem i komentowaniem wszystkiego dookoła niespecjalnie skupiamy się nad sensem i treścią pierwszej konkurencji. Interesuje nas tylko fakt, iż Niemcy zdobywają 1 punkt. Dobranasza 😀 Również w między czasie odkrywamy z nieukrywana radością, że nie jesteśmy jedynymi Polakami w Kobarid. Okazuje się, że dotarła tu (wraz ze swoim małżem, Niemcem, Krystianem (??? chyba…)) Iza z Gubina. Rośniemy w siłę 🙂 Wyprysznicowany i najedzony nie mam specjalnie kopa aby pociagnąć na najtrajda, za to moje światełko uratowało jednego z prowadzących, któremu jego własne postanowiło odmówić współpracy. Gaduliliśmy do chyba 2 w nocy i w końcu zdrowy rozsądek zmusza nas do udania się na spoczynek. Nie wszyscy popisują się tak dalece posuniętą roztropnością i niektóre Ludzkie Szczątki docierają do namiotów, vanów i kamperów koło 4 nad ranem xD Unikalny koncert na 3 gardła, 2 pawie i 8 chrapów koło 6 był oczywiście niezapomnianym przeżyciem artystycznym xD

Poranek przywitał nas fantastyczną pogodą, mocną jak kopnięcie pociągowego konia kawą i śniadankiem. Ostatnia godzina przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy głównej, zwanej przez niektórych, bardzo nielicznych, wyścigiem upłynęła mi na mniej lub bardziej desperackich próbach wbicia się w mój Miszczoski strój. Nieco spóźniony udałem się z pedała do Kobarid, gdzie miejsce miało oficjalne otwarcie Mistrzostw. Od pierwszego obrotu korbą utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że wybranie długich do połowy ud, osadzonych na 15-to centymetrowym obcasie i koturnie qurwiszońskich butów było najdurniejszym pomysłem w mojej dotychczasowej karierze. Miło czasem skonstatować, że od poczatku miało się rację co do własnych poczynań…

26725377803_3a625321a7_z

Prezentacja na głównym placu, tańce, podskoki, radosne okrzyki, miliardy zdjęć i cierpliwie przygladający się temu wszystkiemu, ze swojego piedestału „święty”. „Ten Świat zdecydowanie schodzi na psy… Sodoma i gomora to przy tym pistolet na wodę…”.

Interesujacym, z psychologicznego punktu widzenia był fakt dużej ilości meskich uczestników imprezy przybranych (wliczając w to również mnie) w rozmaite szaty niewieście. Signum temporis? Ostateczne zwyciestwo filozofii gender? Upadek obyczajów? A może poprostu okazja do jak najwiekszego jajka i beczki? Ocenę pozostawię Wam samym 😉

27056704420_8216389629_z

Po oficjalnej rozgrzewce powróciliśmy do obozowiska, gdzie oczywiście nie mogło by się obyć bez tradycyjnego przemieszczania i chowania rowerów uczestników.

27234624152_2906fe490e_z

Jak również biegowy start, który z racji obuwia postanowiłem potraktować wyjatkowo niezobowiazujaco.

27056647060_a2e52f0c1c_c

Z każdą chwilą rósł mój szacunek do Niewiast całego Świata, które niejednokrotnie przez cały dzień pomykają w obcasika, niewiele niższych niż moje. Dość powiedzieć że po pół godzinnym „masażu” stóp moimi buciarami, czułem się jak na średniowiecznym przyjęciu w Sali Tortur, gdzie clou wieczoru to hiszpańskie botki xD

Udało mi się dokonać Niebywałego i ukończyłem jedno okrążenie Miszczoskiej Pętli. Najlepsi w tym samym czasie uczynili 3, na dodatek w ekspresowym tempie. Trasa oferowała w pełni przejezdny miks leśnych singli, skał, polnych ścieżek, szutrowych szlaków, ostrych podjazdów i zajmujących zjazdów. Wielki szacunek dla orgów za oczyszczenie terenu i utrzymanie go w przejezdnym stanie szczególnie ze wzgledu na niesprzyjające, wcześniej w tygodniu, warunki atmosferyczne.

26725261793_568b35e164_c

Kolejny wieeelki plus i szacun za zaangażowanie lokalsów  z okolicznych wiosek, przez które hałasliwa i ekhem… nietypowo wyglądajaca kawalkada pedalistów przejeżdżała, w charakterze porządkowych, wskazidrogów i generalnie entuzjastycznych obserwatorów i kibiców.

Popołudniem po zamknieciu trasy, niezmordowany gang organizatorski, nie zwalniając ani na chwilę tempa wydarzeń ogłosił tradycyjny konkurs w rzucie rowerem na odległość oraz drugą potyczkę mającą na celu wskazanie organizatora Mistrzostw w roku 2017.

Dość powiedzieć, że wielu miotaczy musiało obejść się smakiem, gdyż rzutów dokonywano na podłożu trawiastym, które nie sprzyjało tradycyjnym technikom zamachowym i wprowadzało dodatkowy element niepewności. Ostatecznie zwycięskim okazał się znany tu i ówdzie łapserdak i wydrwigrosz Charlie the Bikemonger xD

26724276254_31a0b7c844_z

Również w tym samym czasie ekipie Szkocji udało się wyrównać stan rywalizacji na 1:1.

Największe emocje wzbudziła jednak dogrywka miedzy 5 najszybszymi mężczyznami i 4 najszybszymi kobietami na trasie Miszczoskiej. Zgodnie z duchem Jednobiegania nie wystarczyło wykazać się tylko mocna łyda na króciutki, dual-slalomowym torze, ale również szerokim gardłem. Wśród niewiast najlepiej wypadła znan skond-indont-wszem-wobec-i-każdemu z osobna Belgijka Noah, wśród mężczyzn pierwsze skrzypce zagrał Nowozelandczyk Angus. Entuzjazm, wprawa i szybkość z jakimi „znikał” piwne bomby w swoim przełyku powodował przecieranie oczu u najtęższych moczymord.

Nastepne żerowanie ponownie przedstawiło wszystkich uczestników fascynujacemu śwatowi słoweńskiej kuchi. Tak mięsojady jak i kompostożercy nie mogli narzekać na puste brzuchy.

Wraz z wieczorem nadeszło osteczne rozwiazanie kwestii organizacji przyszłorocznych Mistrzostw, rozdanie wielu nagród w niejednokrotnie groteskowych kategoriach jak również zabawa przy muzyce na żywo.

Dekorację zwycięzców głównego wyścigu przeprowadzono w iście rajdowym lub formułołanowym formacie wraz z podium i polewaniem gawiedzi szampanem.

26725073573_e68886d41d_z

27331271395_eefdea4d51_z

Miłym akcentem było wyróżnienie wszystkich Niewiast biorących udział w imprezie jak również specjalne nagrody dla tych, których Chichot Losu potraktował nieco brutalniej niż innych – ot jakaś spektakularna gleba, połamane siodło czy skraszowane koło. Warto jednakowoż dodać, iż pomimo naprawdę wymagającej technicznie trasy obyło się bez ofiar jak i poważniejszych uszkodzeń ciała.

Oprócz tradycyjnych nagród, wyróżniono również tych którzy dotarli do Kobarid z jak najdalszych zakątków Europy o własnych siłach, na rowerze, w formacie bajkpakingowym, jak również jakby nieco mniej poważnie jednego z uczestników który zadysponował najwyższe obcasy na całej imprezie. Ciekawe kto był takim patentowanym osłem xD ?

Ostatnia, rozstrzygajaca konkurencja, mająca na celu wskazanie organizatora SSEC 2017  okazała się tak trudna, że tylko niezwykła pomysłowość Szkotów pozwoliła im pokonać kilkunastometrowy  odcinek płaskiej trasy na rowerze z odwróconym systemem kierowniczym.

26724962293_cbc67f1c0f_z

Spryciarz zamiast mocować się z kierownicą, złapał bezpośrednio za golenie widelca xD  Nie zostało to zaliczone jako w pełni udane podejście ale dzięki temu, oraz wskazaniu sędziów, przechodni Puchar Organizatorski wpadł w ręce Brygady w Kiltach. Takilajf… Przynajmniej nie będę miał zbyt daleko do przemieszczania się.

27298039126_084b577141_z

Finałem wieczoru była koncert zespołu Super Action Heroes. Niby ska to zupełnie nie mój rodzaj muzy ale zgranie zespołu oraz charyzma wokala/lidera sprawiły, że nie mogłem się powstrzymać od podskoków. Dość powiedzieć, że ogólny klimat i radocha płynaca od chopoków zaowocowały gremialnymi i serialnymi skokami ze sceny. Zadyma na całego 😀

27056256400_c2649c79fe_z

27297953146_2f9e4b89d8_z

Super-Specjalną nagrodę, w postaci dziewieciu, pieciokilogramowych worów makaronu otrzymała liczna ekipa ze słonecznej Italii. Sam juz nie wiem, czy można to uznać za wyróżnienie, czy też bardzo zaawansowany przytyk… Dość powiedzieć, iż makaron ów miał zostać przez samych Italczyków spreparowany i zaserwowany w formie powszechnego Pasta Party jednakowoż, z bliżej niesprecyzowanych przyczyn nie doszło do tego.

Jeden finałowy detal, warty wspominki to fakt, iż Urszula, Danijel i Spółka oficjalnie potwierdzili zamiar ubieganie się o organizację Mistrzostw Świata w 2018 roku. Trzymam kciuki za Ljubljanę, bo warto J

Reszta wieczoru upłynęła nam na gaworzeniu o wszystkim i niczym oraz spożywaniu rozmaitych przedmiocików i płynów. Warto wspomnieć również o prawdziwej Mega-Gwieździe wieczoru, któraniewątpliwie był rock’owy akordeonista o aparycji pogodnego Dziada Borowego i głosie młodego Lemmy’ego Killmister’a. Jego zaprawiane spritz’em pieśni klasycznych jak i współczesnych tytanów ciężkiego grania wzbudzały niekłamany zachwyt pośród gawiedzi. Co ciekawe w jakiś przetajemniczy sposób udało mu się umknąć Szkiełku i Oku mego aparatu…

27260741621_2e1b240511_z

Ponownie, na spoczynek udaliśmy się o zupełnie przyzwoitej 2 czy 3 w nocy.

 

Niedzielny ranek ponownie przy bezchmurnym niebie był pełen relaksu i niespiesznych planów na resztę dnia. Zakładały one mniej lub bardziej sformalizowaną ilość mniej lub bardziej ambitnych jazdeczek po bliższej i dlaszej okolicy. Główna, prowadzona przez orgów rajda wiodła nad rzekę w celu dokonania post-kacowych ablucji, nastepnie oferowała ekscytującą przeprawę na drugi brzeg za pomocą ziplajny (Zipline Google) i wspinaczkę do kościoła Świetego Antoniego, górujacego nad miasteczkiem.

Osobiście porwałem się na jak się okazało zbyt ambitną i raczej elitarna pojazdkę przez jeden z najwyższych okolicznych szczytów – Matajur 1641 mnpm – do Włoch na lody lub pizzę i spowrotem do Kobarid. 60 kilometrów z okładem po cholernych górach. Szybko zdałem sobie sprawę, że podpięcie się pod grupę Angus’a było słabym pomysłem dla Średnio Wyrobionego Pana w Średnim Wieku. Niestey w ¾ pierwszego, morderczego, 5-cio kilometrowego podjazdu z nachyleniem 14% musiałem spasować. Żelaznoodzy – w tym Koval – znikneli mi za zakrętem a ja pomędrkowałem na własnymi słabościami i podążyłem za nimi w mniej wykręconym tępie. To co nastapiło później zakrawa na magie w czystej postaci lub przynajmniej Tajemnice Szyfru Marabuta. Godziny zdjęć na szczycie Matajur nie kłamią. Między Szybkonogimi a mną było niecałe 20minut. Ba! Spotkałem nawet u podnóża ostatniego wpychu jednego z gości z grupy. Ale zupełnie oczadziały zmęczeniem i byćmoże wysokoscią nawet nie zorientowałem się, że własnie udało mi się dojechać do oryginalnej grupy i przyatakowałem resztę szlaku samopas.

26724751643_002900c0d5_z

Niestey ze słabym efektem nawigacyjnym, gdyż zamiast w San Pietro Al Natisone, dotarłem do wioski po przeciwnej stronie łańcucha górskiego i tymsamym zafundowałem sobie samodzielny powrót do bazy.  Jedyny plus tego nawigacyjnego kleksa był taki, że w Camp Rut byłem niemal 2 godziny przed Angusem i spółką. Opustoszałe już obozowisko czarowało spokojem w cieniu majestatu gór. Odjechali Italiańcy a wraz z nimi solidny zapas makaronu, który przeznaczony był na Pasta Party. Pożegnali się z nami sympatyczni Holendrzy wraz ze swoim Volswagenem-Ogórkiem i zapasem starych rowerów z Muzeum MTB w Arnhem. Nieśmiały i lekko zakręcony Tasmańczyk upakował swój rower do bajkboksa i przygotował się do dalszego turu po Europie, który miał skończyć się aż w Rosji. Zniknął wypchany lis, Szoccy kilciarze umknęli na północ, bajkpakerzy podociagali troki i klamry swoich toreb i każdy udał się we własnym kierunku. Godajvowy event shelter został rozebrany i upchniety do vana, wiekszość rowerów i klamotów również upakowano aby ograniczyć do minimum poranny rozgardiasz Dnia Powrotu…

W miarę wczesne udanie się na spoczynek oczywiście nie wyszło specjalnie bo jeszcze do późnej nocy gaduliliśmy z Kovalem o rozmaitosciach nietylko rowerowych.

Nastepnego dnia ciągle czekało nas ponad 1100 mil przed zakotwiczeniem w Coventry. Pożegnania, plany na przyszłość, pomysły na następne spotkania i imprezy…

27233874992_97e985573c_z

Jak podsumować ze strony organizacyjnej SSEC 2016 w Kobarid? Moim zdaniem była to najdoskonalej logistycznie zorganizowana impreza jednobiegowa w jakiej miałem przyjemność brać udział. Nie dość, że Danijel i Ekipa podopinali wszystko na ostani guzik to jeszcze na dodatek bez wysiłku i bardzo naturalnie utrzymywali luzacki i pozytywny klimat. Jedzenia było pełno i w zasdzie tylko w niedzielny wieczór trzeba było samemu się zorganizować spożywczo. Nikt ani przez chwilę się nie nudził, bo raz Orgowie bardzo dbali o zapewnienie uczestnikom rozrywek a dwa trzebaby było być jakimś ostanim degeneratem i patafianem, aby nudzić się w tak fantastycznnym krajobrazowo miejscu. Czy coś można było zoragnizować lepiej? Według mnie jedynym punktem, który z lekka trącił prowizorką i brakiem serca było współzawodnictwo mające na celu wyłonienie przyszłorocznego gospodarza. Czy lepiej przeprowadzone konkurencje zmieniłby cokolwiek? Absolutnie nie, gdyż duch imprezy oraz jej jądro świeciło tak jasnym blaskiem, że maleńkie niedociagnięcie nie miałoby żadnego wpływu na ogólny odbiór całości…

 

Dla kronikarskiej przyzwoitości dodam tylko, że powrotną drogę przez Austrię, włoskie Dolomity

27055969450_022c0908fe_z

i Francję (z międzylądowaniem w Sztrasburgu, w którym na dodatek udało się Pav’owi i mnie we wtorkowy ranek nieco zgubić) wspominam bardzo pozytywnie, będąc ciągle na jednym, wielkim, endorfinowym haju.

26724530693_38967dd6aa_z

 

Dżentelmeni o pieniadzach nie mówia, ale warto chyba wpomnieć o ile ta cała prywatka poszarpała mi portfel. Może komuś się przyda takie pi-razy-siekiera wyliczenie…

 

Wjazd na sama impreze kosztował mnie 125 euro. Jednakowoż, bez koszulki i okolicznosciowego kubka można było zamknać się kwota o 45 euro niższą. Tranzyt przez kanał kosztował odpowiednio 42 i 25 funtów od głowy (prom i tunel). Hotele w Monachium i Sztrasburgu to kolejne 27 i 25 funtów od głowy. Zatankowanie i wywaletowanie vana zamknęło się zaskakujaco niska kwotą 75 funtów od głowy. Zatem nie licząc jedzenia i picia, które ostacznie można było w 90% zabrać ze sobą, całość kosztowała mnie zaledwie 220 funtów, czyli jakieś 1250 ziko. Nie mnie decydować czy to dużo, czy mało za tygodniowy wypad ale osobiście byłem bardzo zadowolony z takiej wysokosci kosztów bazowych. Ciekawym byłoby porówanć koszty Kovala, który leciał samolotem do Triestu a potem wynajętym samochodem przemieszczał się do Kobarid oraz Yarra, który całą drogę z Polski zrobił Kartonem…

Cóż zatem wiemy na zakończenie? A no tyle, że w przyszłym roku jedziemy do Szkocji a Słoweńcy będą walczyć o organizajcję Mistrzostw Świata w 2018 roku. Za co trzymam kciuki i dla pewności duże palce u nogi 😀

27330689845_0171bfb10e_c

 

PS.

Ostatnie, szpiegowskie doniesienia podają, że Lis, po pobycie w Muzeum MTB w Arnhem właśnie rozpoczyna objazdówke po Szkocji xD

PPS.

Wielkie podziękowania dla Moniki, Izy, Kovala i Yarra za to, że BYLI 😀 Zielona herbata w cieniu gór to najlepszy rodzaj napitku jaki dotychczas mi się przytrafił. Nocnepolakówrozmowy odsasadolasa pozwalają mieć nadzieję, że ten świat to nie tylko media społecznościowe i selfiki z kubkiem ze Starbaksa 😉

Również ogromne dzięki dla Den’a za wspaniałe kierownikowanie przez całą Europę oraz dla całe, licznej ekipy GT. 25 mięśnia z jednego klubu, na tak niszowej imprezie to TŁUMY 🙂

 

Oficjalna stronak SSEC 2016 Kobarid: SSEC 2016 Kobarid

Profil na Szajsbuku: SSEC 2016 Kobarid FB

Single Speed Slovenia: Single Speed Slovenia FB

Moje zdjęcia z calego rołdtripa: Ivan SSEC 2016 Kobarid alboom

Zdjecia koleżki z GT Riders, Martin’a „SimoSimm’a: Simo SSEC 2016 Kobarid alboom

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Mistrzostwa Europy Jednobiegowców 2016 Kobarid Słowenia, SSEC 2016 Slovenia i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Rakija, wysokie obcasy i muzyka SKA, czyli SSEC 2016 Kobarid, Słowenia.

  1. jacenty02 pisze:

    Swietny felieton Ivan. Z resztom jak zwykle. Dzien w dzien patrzalem kiedy sie pojawi. Znaczy zes wrocil caly i zdrowy. Super.pozdrawim jacenty

    „Nocnepolakówrozmowy odsasadolasa pozwalają mieć nadzieję, że ten świat to nie tylko media społecznościowe i selfiki z kubkiem ze Starbaksa”

    piekne plentowanie. zgadzam sie w 100 %

  2. jacenty02 pisze:

    aha szpile kozak

  3. Ivan pisze:

    Podziękował przeserdelecznie.

    Szpile, zwane też FMB niewatpliwie zwracały uwagę 😀

    Szacunek…
    I.

  4. Pingback: JPJ czyli Jurajski Piknik Jednobiegowy 18-19.06.16 – relacja własna | Krzywe Koło

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s